Tekst:
Łukasz Ostrowski
Ilustracja:
Szymon Sikora
Jako obywatele państw demokratycznych oczekujemy, że rządy będą brać pod uwagę potrzeby wyborców bez względu na ich zamożność. Tymczasem – jak pokazuje współczesna politologia – istnieje poważny problem nierówności wpływu między klasami. Z badań prowadzonych w Europie i USA w ostatnich dekadach wynika, że preferencje klasy wyższej są częściej zgodne z realizowaną polityką niż klas niższych; co gorsza, gdy obserwujemy dużą różnicę zdań między wyborcami przeciętnymi i zamożnymi, prawie zawsze spełniane są oczekiwania najbogatszych 10 procent[1].
Mechanizm stojący za nierównościami politycznymi jest złożony i pozostaje słabo wyjaśniony przez badaczy: w grę wchodzić może niska mobilizacja polityczna klas niższych oraz pochodzenie klasowe samych polityków. Nie ulega jednak wątpliwości, że istotną rolę w koncentracji wpływów w rękach zamożnych warstw społecznych odgrywa także prywatne finansowanie polityki.
Na kogo głosują pieniądze?
Badaczki Julia Cagé i Yasmine Bekkouche, analizując wpływ wydatków kampanijnych na wyniki wyborcze, oszacowały „cenę” jednego głosu we francuskich wyborach parlamentarnych na 6 euro. Jak wskazuje Cagé: siła pieniądza sprzyja na Zachodzie Europy partiom centroprawicowym, które otrzymują więcej środków od zewnętrznych darczyńców niż lewica.
Podobną sytuację obserwujemy w Polsce. Ze składanych Państwowej Komisji Wyborczej sprawozdań finansowych z ostatniego roku, w którym odbyły się wybory parlamentarne (2023) wynika, że komitet wyborczy Lewicy (Nowa Lewica i Razem) otrzymał od prywatnych darczyńców wsparcie nieproporcjonalnie, względem swojego poparcia społecznego, mniejsze niż to otrzymane przez Koalicję Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe.
Wspólna lista Nowej Lewicy i Razem, podczas trwania całej kadencji Sejmu 2019-2023, cieszyła się wyższym poparciem społecznym od PSL. Przykładowo: ostatnia średnia z sondaży w 2022 r. (Politico) wyniosła 9 proc. dla lewicy i 5 proc. dla Koalicji Polskiej (tak nazywała się wówczas lista, której przewodzili ludowcy). Mimo tego w roku kampani wyborczej (2023) lewica otrzymała w sumie od darczyńców prawie 3 mln zł mniej niż partia Kosiniaka-Kamysza.
Wyraźna sympatia darczyńców dla PSL może wynikać z bliskich relacji, które łączą je z organizacjami przedsiębiorców (Członkiem Koalicji Polskiej, kierowanej przez PSL przed 2023, była m.in. Ogólnopolska Federacja Przedsiębiorców i Pracodawców). Widzimy także, że w obecnym rządzie jest to partia aktywnie zabiegająca o realizację polityki skierowanej do zamożnych obywateli. Pewne znaczenie w nadzwyczajnych finansach PSL może też odgrywać wymóg przekazywania określonej kwoty przez wszystkich urzędników należących do partii, który ludowcy uchwalili w 2013 r. (choć w 2023 r. partia mogła pozyskać wpłaty tylko od parlamentarzystów i urzędników szczebla samorządowego).
Za problemem tym stoją nierówności między obywatelami, na które pozwala polski system finansowania polityki – limit rocznych darowizn politycznych od osoby fizycznej wynosi 15-krotność płacy minimalnej. Obecnie to ok. 72 tys. zł. Mediana rocznej pensji wynosi zaś 87 tys. zł. Możliwość wpłacenia darowizny tej wysokości jest przywilejem bogatych wyborców, dzięki któremu mogą „głosować” dwukrotnie – raz przy urnie, raz przez konto bankowe. Realna waga głosu zamożnego wyborcy przekracza więc wagę głosu przeciętnego obywatela.
Dwie drogi centralizacji – publiczna i prywatna
Na nierówną konkurencję między partiami ma też wpływ finansowanie publiczne. W Polsce funkcjonuje system, który pozwala na częściowe uniezależnienie partii od bogatych darczyńców, ale jednocześnie sprzyja konserwacji obecnej siły wielkich partii. W trakcie jego wprowadzania na początku bieżącego stulecia, duże subwencje otwarcie uzasadniano potrzebą stabilizacji systemu partyjnego.
Dzięki obecnym regułom duża partia może zaciągnąć wielomilionowy kredyt na kampanię. Dla przykładu: ze sprawozdania w PKW wynika, że Platforma Obywatelska zaciągnęła w 2023 r. pożyczkę w wysokości 35 665 000 zł. Po wyborach głosy zostają przeliczone na dotację publiczną, z której zaciągnięty kredyt zostaje spłacony. Istnieje pewna grupa mało zainteresowanych polityką wyborców, których pozyskanie zależne jest od pieniędzy wydanych na kampanię – jednocześnie źródłem tych pieniędzy są wyniki wyborcze. Prowadzi to do powstania częściowo samonapędzającej się władzy, dzięki której partie zyskują niezależność od nastrojów społecznych. Sytuacja ta spotyka się z dwoma rodzajami krytycznych stanowisk – prawicowo-populistycznym i lewicowo-egalitarnym.
Według pierwszego z nich należy całkowicie zlikwidować publiczne finansowanie polityki. Z taką propozycją wyszedł w 2015 r. Paweł Kukiz. Jej realizacja oznaczałaby zbliżenie polskiej demokracji do systemu amerykańskiego, w którym wybory nie są już obecnie finansowane ze środków publicznych. Ugrupowanie Kukiza wahało się co do alternatywy: w 2016 r. zaproponowało odpis kwotowy z podatku w wysokości 5 zł – rozwiązanie dość egalitarne – ale już w 2018 r. proponowało oparcie finansowania partii na darowiznach, co równa się przekazaniu większej władzy zamożnym darczyńcom.
Prawicy nie zależy na tym, aby zmniejszyć koncentrację władzy, ale żeby przesunąć ją od elity politycznej do elity biznesowej. Zarówno system finansowania oparty na odpisach podatkowych, jak i darowiznach, mogą prowadzić do wzrostu uzależnienia partii od środków prywatnych i woli bogatych wyborców. Jak zauważa Cagé, we Włoszech system odpisów, wprowadzony w latach 90. po fali skandali politycznych, doprowadził do nagłego spadku środków otrzymywanych przez partie z budżetu, co musiało poskutkować staraniem o pozyskiwanie darowizn od zamożnych grup interesu. Faktycznym celem Kukiz 15’ było właśnie wprowadzenie w życie włoskiego scenariusza. Jak czytamy w uzasadnieniu ich ustawy z 2016 r.: “Wnioskodawca zakłada, iż po wprowadzeniu zmian, zwłaszcza w pierwszych latach obowiązywania nowych zasad, budżet państwa na nich zaoszczędzi, gdyż zniechęceni do obecnej klasy politycznej obywatele chętniej nie będą przeznaczać żadnych środków na rzecz partii.”. W wyniku likwidacji publicznych subwencji, partie mogłyby zbiednieć, ale jednocześnie prawdopodobnie wzrósłby udział w ich budżecie darowizn pozyskiwanych od wpływowych grup interesu.
Proponowana przez Cagé lewicowa alternatywa polega na eliminacji darowizn prywatnych i zastąpieniu ich przyznawanymi obywatelom co rok bonami, które mogliby spożytkować na wybraną przez siebie partię. Bon mógłby mieć wartość zaledwie 5-10 zł – nawet przy milionie sympatyków kwota ta przekładałaby się na środki wystarczające do funkcjonowania partii. Propozycja Cagé mogłaby przyczynić się do rozwiązania dwóch problemów jednocześnie: ograniczyłaby wpływy zamożnych wyborców i zmusiłaby rząd do regularnego starania się o poparcie społeczne. Aby otrzymać niezbędne środki, partie musiałyby zabiegać o poparcie każdego roku, a nie wyłącznie w roku wyborczym.
Przekazanie większej władzy obywatelom może być kołem zamachowym zarówno postępu jak i reakcji. Znaczna część osób przeznaczyłaby swój bon na partie reprezentujące wsteczne i nierzadko szkodliwe dla nich samych poglądy – skorzystałaby na tym prawdopodobnie choćby nowa partia Grzegorza Brauna, która obecnie nie posiada subwencji. Dlatego każda daleko idąca koncepcja demokratyzacji zakłada konieczność istnienia – posługując się określeniem klasyka politologii Roberta Dahla – oświeconej opinii publicznej, zdolnej do wyrobienia sobie rzetelnego zdania na temat kluczowych problemów społecznych. Oczywiście ideał ten może być zrealizowany tylko w ograniczonym stopniu – w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę niski poziom mobilizacji ruchów postępowych i koncentrację siły medialnej w rękach prawicy, uprawnieni do głosowania podlegają wpływom kampanii szerzących dezinformację i uprzedzenia.
Obecnie postulaty zwiększenia wpływu społeczeństwa na politykę mogą wzbudzać więc sceptycyzm w środowiskach progresywnych. W reakcji na wzrost poparcia ekstremistycznej prawicy instynktowną reakcją po lewej stronie może być pragnienie wzmocnienia instytucji i ochrony chwiejnego status quo. Sądzę jednak, że wbrew tym obawom demokratyzacja systemu finansowania polityki powinna stać się częścią lewicowego programu. W ostatnich dekadach w Polsce, w dyskusji o zmianach systemowych, prawica zabiera głos częściej niż lewica. Środowiska populistyczne starają się przekonać nas do zmiany ordynacji wyborczej i modelu finansowania polityki, zwiększenia wpływu parlamentu na władzę sądowniczą i wprowadzenia silnego urzędu prezydenta, sprawującego kontrolę nad parlamentem. Kreatywna postawa prawicy nie może spotykać się z milczeniem strony progresywnej – nie możemy oddać pola do dyskusji o transformacji polskiej demokracji demagogom, którzy z antysystemowymi hasłami na sztandarach dążą do koncentracji władzy posuniętej znacznie dalej niż obecnie.
[1] Badacze analizują zbiory danych, składające się z setek sondaży opinii, połączonych z informacjami na temat decyzji podjętych przez rządy. Badania takie, według mojej wiedzy, nie były prowadzone w Polsce. Do najważniejszych prac należą: książka B. I. Page i M. Gilensa “Democracy in America? What Has Gone Wrong and What We Can Do about It” oraz L. Bartelsa “Unequal Democracy”. Badania europejskich demokracji omawiane są w pracy zbiorowej pod redakcją N. Lupu i J. Pontussona “Unequal Democracies”.
Łukasz Ostrowski
Redaktor naczelny „Gromad”, politolog. Ukończył studia na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW oraz Wydziale Filozofii UW. Jest doktorantem w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UW.


![Z ulicy do konstytuanty. Jak przeprowadzić rewolucję obywatelską we Francji? [Rozmowa z Charlotte Girard]](https://www.gromady.pl/wp-content/uploads/2026/05/Troost-Girard-ilustracja-scaled.jpg)




