07.05.2026

Z ulicy do konstytuanty. Jak przeprowadzić rewolucję obywatelską we Francji? [Rozmowa z Charlotte Girard]

Rozmowa z Charlotte Girard

07.05.2026

Istniejąca od czasów generała De Gaulle’a V Republika Francuska bywa nazywana przez swoich krytyków „monarchią prezydencką”, ze względu na niezwykle szerokie prerogatywy głowy państwa. Ostatnie dwa lata pokazały, że prezydent może bez problemu rządzić, nawet bez większości parlamentarnej, narzucając Zgromadzeniu Narodowemu posłusznych mu premierów i ignorując wszelki sprzeciw społeczny. Dziś zyskuje popularność idea ustanowienia postępowej VI Republiki, na której rzecz od wielu lat agituje znaczna część francuskiej lewicy. Czym miałaby się różnić nowa konstytucja od tej obecnie obowiązującej? W jaki sposób przeprowadzić „rewolucję obywatelską” – przy urnach, czy na ulicach? Dlaczego politycy powinni być trzymani na krótkiej smyczy? Na te pytania odpowie  Charlotte Girard, prawniczka i konstytucjonalistka, a w przeszłości ważna działaczka ugrupowań postulujących przejście do VI Republiki.

Charlotte Girard – francuska prawniczka, specjalistka w dziedzinie prawa publicznego, wykładowczyni na Uniwersytecie Paris-Nanterre. Współzałożycielka Partii Lewicy i Francji Niepokornej, w 2017 roku była współautorką programu wyborczego LFI i rzeczniczką Jeana-Luca Mélenchona podczas jego kampanii prezydenckiej. Zarówno w pracy naukowej, jak i aktywności politycznej szczególnie interesowało ją zagadnienie reformy ustrojowej oraz przejścia do VI Republiki.


Artur Troost: Jak można w skrócie opisać V Republikę polskim czytelnikom, którzy niekoniecznie są z nią dobrze zaznajomieni? Dlaczego lewica ma z nią problem?

Charlotte Girard: V Republika Francuska ma już dość długą historię. Została ustanowiona w 1958 roku, czyli prawie 70 lat temu. Cechą charakterystyczną tego systemu jest bardzo silna dominacja władzy wykonawczej, którą uosabia postać prezydenta. Lewica od samego początku postrzegała to rozwiązanie jako bardzo duże zagrożenie dla demokracji, a z bardziej technicznego punktu widzenia, dla samego systemu parlamentarnego.

Obecnie, we Francji, niektórzy mówią o „monarchii prezydenckiej”. Krytykuje się szerokie prerogatywy prezydenta Republiki, które prowadzą do niemal całkowitej dominacji nad wszystkimi konstytucyjnymi władzami – przede wszystkim nad organami ustawodawczymi, ale w pewnym stopniu także nad wymiarem sprawiedliwości itd. Poważną wadą tego systemu jest więc jego nierównowaga, z korzyścią dla prezydenta.

I to nie koniec. Od dwóch lat Francja przechodzi dość głęboki kryzys polityczny, prawdopodobnie najpoważniejszy od lat 60. Czy sądzisz, że pokazuje on również ograniczenia V Republiki?

Jest to kwestia niejednoznaczna. Trwający od wyborów z 2024 roku kryzys polityczny wynika z faktu, że Francuzi wybrali Zgromadzenie Narodowe podzielone na trzy niemal równe bloki – lewicowy, liberalno-konserwatywny i nacjonalistyczny. Dla jasności – nie chodzi tu o cały parlament, ponieważ stanowiący drugą izbę Senat pozostaje strukturalnie konserwatywny i wspiera rządzącą prawicę. Od tego czasu w Zgromadzeniu Narodowym nie ma już większości, nawet względnej. Innymi słowy, za władzą wykonawczą nie stoi już stabilna koalicja parlamentarna. Jest to nowa sytuacja dla V Republiki, która została stworzona właśnie po to, aby zagwarantować prezydentowi większość w praktycznie każdych okolicznościach. Czy jest to zatem kryzys? Tak, o ile V Republika opierała się właśnie na dominacji władzy wykonawczej.

Ale czy jest to kryzys systemu parlamentarnego jako takiego? Nie sądzę. W pewnym sensie jest to nawet powrót do normalności. Uważam, że bardziej zrównoważone Zgromadzenie Narodowe, w którym żadna siła nie dominuje automatycznie, z powodu wyborów prezydenckich, może stanowić interesujące przywrócenie równowagi i nie stanowi to poważnego zakłócenia funkcjonowania tej instytucji.

Z drugiej strony, dla obecnej władzy wykonawczej, jest to oczywiście problem polityczny, ponieważ trudniej jej jest przeforsować pożądane przez siebie rozwiązania. Brak większości nie prowadzi jednak do zmiany u sterów. Prezydent mianuje rządy, które zasadniczo pozostają w tej samej linii politycznej, nawet jeśli nie są one faktycznie skoordynowane ze Zgromadzeniem Narodowym. Mamy więc do czynienia z systemem silnie wykonawczym, prezydencjalnym. System ten utrzymuje się, ponieważ konstytucja daje mu ku temu środki. Niektórzy postrzegają to jako atut V Republiki. 

Inni, w tym ja, widzą w tym raczej jej wadę. To systematyczne faworyzowanie władzy wykonawczej kosztem władzy ustawodawczej.

W jaki sposób rozwiązaniem ma być, w tym kontekście, postulowane przez lewicę powołanie do życia VI Republiki? Co konkretnie ona zmieni?

Działalność na rzecz VI Republiki niekoniecznie stanowi projekt lewicy. Nie jest z góry powiedziane „VI Republika socjalna”. Jako lewica naturalnie bronimy wizji Republiki, która byłaby socjalna, ekologiczna, feministyczna, parlamentarna itd. Krótko mówiąc, postępowa. Aby to osiągnąć, trzeba najpierw – w procesie demokratycznym – ustanowić nowe ramy instytucjonalne, które doprowadzą do bardziej przyjaznej, egalitarnej równowagi sił w republice. Nie będzie to jednak łatwe: samo mówienie o nowej VI Republice nie sprawi, że powstanie ona samoistnie i będzie odpowiadać naszym oczekiwaniom. Projekt postępowy wymaga więc spełnienia pewnych warunków w fazie przygotowań. Chodzi o to, aby zbudować VI Republikę, która będzie stanowić przeciwieństwo obecnej V Republiki. W tym celu należy wyobrazić sobie procedurę konstytucyjną, która sprzyjałaby powstaniu republiki parlamentarnej. Aby to osiągnąć, konieczne jest zaangażowanie społeczeństwa, w znacznie bardziej bezpośredni sposób niż miało to miejsce podczas uchwalania obecnie obowiązującej konstytucji.


Majdan, wiosna ludów dotarła do Europy

Tekst: Zbigniew Marcin Kowalewski

CZYTAJ TAKŻE


U zarania V Republiki procedura była pod pełną kontrolą ówczesnej władzy wykonawczej, czyli rządu generała de Gaulle’a. Cały proces tworzenia tekstu odbywał się w tajemnicy – praktycznie nie było żadnych informacji na temat jego treści, a wstępny projekt konstytucji został upubliczniony dopiero na samym końcu procesu, w bardzo szczególnych okolicznościach, w czasie wojny algierskiej, kiedy życie ludzi było codziennie zagrożone. W tych warunkach procedura była wyraźnie podporządkowana władzy wykonawczej. Nie jest więc zaskakujące, że rezultatem była konstytucja utrwalająca jej dominację.

„Wielu nie wierzy już w możliwość płynnego i bezkonfliktowego przejścia od V do postępowej VI Republiki.”

Czyli teraz celem jest „odkręcenie” obecnego stanu rzeczy?

Tak i należy przy tym postąpić dokładnie odwrotnie: uruchomić proces, który od samego początku da głos ludowi. Najpierw poprzez referendum, w celu zainicjowania prac nad nową ustawą zasadniczą, a następnie poprzez wybór zgromadzenia konstytucyjnego, bezpośrednio przez lud i w sposób wysoce reprezentatywny. Dodatkowo potrzebny byłby system ciągłej wymiany informacji między społeczeństwem, elektoratem a konstytuantą. W tym kontekście urzędująca władza wykonawcza nie odgrywałaby żadnej roli, właśnie po to, aby nie przejęła inicjatywy i nie zdominowała procesu konstytucyjnego.

Jak więc przeprowadzić „rewolucję obywatelską” w systemie tak zdominowanym przez władzę wykonawczą? W gruncie rzeczy, w V Republice, wszystko wydaje się zawsze zależeć od zwycięstwa w wyborach prezydenckich…

Oczywiście, rozpoczęcie tak niezwykle demokratycznego procesu konstytucyjnego wymagałoby przede wszystkim władzy wykonawczej przychylnej temu projektowi. VI Republika z konieczności wywodziłaby się z poprzedniej Republiki. Innymi słowy, aby zgodnie z nadziejami lewicy przeforsować egalitarną zmianę, trzeba najpierw wygrać w V Republice. Jak? Są tutaj dwa podstawowe podejścia.

Pierwsze wychodzi z założenia, że można przeprowadzić rewolucję obywatelską przy urnach – zdobyć władzę w V Republice, aby następnie rozpocząć proces konstytucyjny i w ten sposób doprowadzić do uchwalenia VI Republiki. Tu rzeczywiście wybory prezydenckie byłyby kluczowe – mowa o scenariuszu, w którym progresywny kandydat wygrywa i jako głowa państwa zwołuje referendum. Jeśli obywatele wyrażą w nim poparcie dla opracowania nowej konstytucji, zostanie wyłonione zgromadzenie konstytucyjne (częściowo w wyborach, częściowo poprzez losowanie), aby w ciągu dwóch lat przedstawić projekt, który zostanie zatwierdzony lub odrzucony w kolejnym referendum. Na każdym etapie prac mają być prowadzone szerokie konsultacje społeczne w całym kraju, z możliwością składania propozycji oraz poprawek przez obywateli niewchodzących w skład konstytuanty. Jest to model idealny, bardzo pokojowy, wciąż postulowany przez Francję Niepokorną (La France Insoumise, LFI).

A co proponuje drugie podejście?

Wielu nie wierzy już w możliwość płynnego i bezkonfliktowego przejścia od V do postępowej VI Republiki. Przychylam się ku tej opinii, ponieważ myślę, że obecna władza wykonawcza, zdominowana przez siły kapitalistyczne, nigdy nie pozwoli, by w ramach V Republiki wymknęły się jej stery rządów. Nie zgodzą się odejść dobrowolnie, nawet po porażce w wyborach. W takim przypadku wydaje mi się, że możliwy jest wyłącznie scenariusz konfrontacji, czyli społeczna walka o przewagę, zwłaszcza na ulicach.

„(…) zakładamy, że lud przy wykorzystaniu przewagi sił, zdołałby zmusić władzę do wszczęcia procedury konstytucyjnej.”

Widzieliśmy tego przykład w 2018 roku. Ruch Żółtych Kamizelek zaprezentował możliwy model przejścia do innej Republiki. Początkowo był to ruch społeczny sprzeciwiający się nowemu podatkowi, który obciążał osoby o najniższych dochodach, w tym przypadku podatkowi ekologicznemu, co tworzyło pewien paradoks. Następnie Żółte Kamizelki przekształciły się w coś większego, zainicjowały debatę konstytucyjną. Jest to warte podkreślenia. Osoby, które początkowo interesowały się wyłącznie kwestiami bytowymi, doszły do wniosku, że aby je rozwiązać, należy najpierw zreformować instytucje V Republiki i ustanowić republikę o znacznie bardziej egalitarnym charakterze.

Istnieje więc ta idealna, pokojowa droga, proponowana przez LFI: od zwycięstwa w wyborach prezydenckich po ustanowienie przy urnach VI Republiki. To dość jasne. Nie do końca jednak rozumiem, jak przebiegałaby transformacja w przypadku ruchu społecznego, takiego jak Żółte Kamizelki. Jak przeskoczyć od demonstracji po zmianę instytucjonalną? Gdzie tu związek?

Związek ten wyglądałby trochę tak, jak podczas rewolucji francuskiej – zakładamy, że lud przy wykorzystaniu przewagi sił, zdołałby zmusić władzę do wszczęcia procedury konstytucyjnej. Tak właśnie było w 1789 roku i ponownie w 1792 roku, kiedy rozpoczęto prace nad pierwszą konstytucją republikańską. Często mamy w głowie dość wyidealizowane obrazy tych momentów. Historycy jednak dobrze je udokumentowali, jako okresy przesilenia politycznego, które w rzeczywistości były niezwykle chaotyczne i nieprzewidywalne, w dużej mierze determinowane przez wydarzenia niemożliwe do opanowania. W tle mieliśmy do czynienia z katastrofalną sytuacją gospodarczą, osiągnięciem przez społeczeństwo granicy wytrzymałości w zakresie nierówności itp. Te procesy można sobie wyobrazić, ale nie da się ich tak naprawdę zaplanować z wyprzedzeniem.

W takim przypadku transformacja instytucjonalna – o ile miałaby nastąpić – przybrałaby prawdopodobnie formę pewnego rodzaju politycznego przechwycenia. Termin ten nie cieszy się we Francji zbytnią popularnością, ale nie da się chyba tego inaczej ująć – mowa o zawłaszczeniu ruchu społecznego, niewątpliwie konfliktowego, a nawet gwałtownego, który następnie zostałby skierowany na ścieżkę konstytucyjną. Niektórzy, w kontekście ruchu Żółtych Kamizelek, próbowali wypracować teorię dotyczącą tego zagadnienia – jak przejść od fazy destytucyjnej do fazy konstytucyjnej.

Nie wydaje się to takie proste…

Cała trudność polega właśnie na dokonaniu tego zwrotu w okolicznościach, których w pełni nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Jedyne, co można na ten moment powiedzieć, to że aby taki projekt się powiódł, trzeba go dobrze przemyśleć z wyprzedzeniem. Rzeczywiście, pojawia się coraz więcej prac poświęconych tym zagadnieniom. Mówię tu z akademickiego punktu widzenia, ponieważ jest to moja profesja. Na przykład wkrótce będę członkinią komisji oceniającej pracę doktorską poświęconą VI Republice i jej doktrynie konstytucyjnej. Będzie to prawdopodobnie pierwsza praca w całości poświęcona tej kwestii.

Są to sygnały wskazujące, że refleksja nad VI Republiką – wykraczająca poza partie polityczne i programy – jest już w toku. Dla mnie oznacza to, że idea postępowej VI Republiki, która byłaby prawdziwą następczynią V Republiki, a nie tylko jej „wersją bis”, zaczyna zyskiwać na znaczeniu w debacie intelektualnej.

Na jakich zasadach powinna więc opierać się ta VI Republika?

Moim zdaniem powstaniu parlamentarnej VI Republiki powinien towarzyszyć proces transformacji o charakterze wysoce demokratycznym. Opowiadam się za systemem organizacji instytucjonalnej, z podziałem władzy opierającym się na mechanizmach kontroli i równowagi, czyli z układem wzajemnych hamulców i przeciwwag, który obejmowałby znacznie większe zaangażowanie społeczeństwa niż ma to miejsce u nas obecnie, a nawet liczniejsze niż w klasycznych systemach parlamentarnych.

Chodzi przede wszystkim o to, aby „otworzyć” władzę polityczną, przełamać jej odseparowanie od społeczeństwa i sprawić, żeby znów stała się sprawą prawdziwie publiczną. Na tym, w gruncie rzeczy, polega duch republiki – na tym, żeby nie ograniczać się do samego rządu przedstawicielskiego, w którym władza jest całkowicie przekazywana wybranym reprezentantom, gdy tylko obejmą swoje funkcje. Należy ponownie wprowadzić formy mandatu imperatywnego i nie zadowalać się tylko mandatem reprezentacyjnym, który po przyznaniu jest z powrotem zwracany obywatelom dopiero w momencie wyborów, czasami zresztą bardzo ograniczonych i pozostawiających sporo do życzenia. To tyle, jeśli chodzi o bardzo ogólne zarysy idei VI Republiki.

A w dalszej kolejności?

Następnie należy wyobrazić sobie instytucje zdolne do zapewnienia funkcjonowania tych fundamentalnych zasad. Byłyby one w dużej mierze wzorowane na modelu zgromadzeń obywatelskich. W przypadku ważnych kwestii byłyby one systematycznie zwoływane, towarzyszyłyby temu referenda itp. Innymi słowy, formy deliberacji, w których zwykli obywatele – wybrani w drodze losowania, ktokolwiek – mieliby możliwość podejmowania decyzji lub przynajmniej formułowania propozycji. Można tu na przykład pomyśleć o mechanizmach zbliżonych do referendum z inicjatywy obywatelskiej, które pozwoliłyby społeczeństwu pozostać na stałe kluczowym decydentem przy ustalaniu polityki państwowej.

Logika ta jest szczególnie ważna dla zagadnień planowania ekologicznego. Ta kwestia doskonale uwidacznia potrzebę, by obywatele odzyskali kontrolę nad decyzjami politycznymi. Chodzi o to, aby ci, których to bezpośrednio dotyczy (czyli wszyscy), mogli uświadomić sobie stawkę i uczestniczyć w decyzjach, które wpływają na samo ich istnienie. O to toczy się cała gra, w staraniach na rzecz VI Republiki, która będzie silnie naznaczona demokracją bezpośrednią.

„Wyzwaniem byłoby (…) stworzenie kultury stałego zaangażowania politycznego społeczeństwa.”

Skąd pomysł, żeby postawić właśnie na demokrację bezpośrednią? Czy wzorem jest tu np. konstytucja jakobińska z 1793 roku, system szwajcarski, czy coś innego?

VI Republika, w tej koncepcji, jest w dużej mierze inspirowana właśnie konstytucją z 1793 roku, która nawiasem mówiąc, nigdy nie została wdrożona. Mechanizmy wymyślone w tamtych czasach już wtedy w niesamowity sposób angażowały obywateli. Podstawowym celem było, aby to lud – w każdych okolicznościach – pozostawał faktycznym źródłem decyzji, przy maksymalnie skróconym dystansie między nim a reprezentantami, a także by w razie niezadowolenia miał realne narzędzia do odebrania władzy tym ostatnim.

Czasem używa się tu metafory smyczy, na której prowadzi się psa i którą można skracać lub wydłużać. Chodzi o to, żeby smycz łącząca rękę ludu z szyją polityków była jak najkrótsza. Taki model musi być oczywiście zakotwiczony instytucjonalnie – przede wszystkim poprzez mechanizm stałej odpowiedzialności politycznej przedstawicieli. Innymi słowy, obywatele powinni w każdej chwili dysponować np. możliwością przeprowadzenia referendum odwoławczego czy podjęcia się inicjatywy ustawodawczej, bez udziału polityków.

Fundamentalne dla postępowej republiki byłoby zorganizowanie prawdziwej zależności przedstawicieli – niezależnie od tego kim są, od szczebla gminnego po najwyższe stanowiska państwowe, a zaczynając od obywateli. Myślę, że wymaga to wytworzenia nowej kultury politycznej. Mechanizmy znamy w teorii, ale prawie nigdy nie były one poddawane próbie. Wyzwaniem byłoby zatem stworzenie kultury stałego zaangażowania politycznego społeczeństwa.

Czy nie ma tu pewnego ryzyka? Czasem twierdzi się, że systemy wysoce demokratyczne są z natury niestabilne. W związku z tym u wielu osób niepokój budzi kwestia tego, jak uczynić instytucje bardziej demokratycznymi, nie popadając przy tym w chaos, typowy np. dla IV Republiki.

W ogóle nie przekonują mnie te argumenty. IV Republika była niestabilna z wielu powodów, nie tylko ze względu na suwerenność parlamentarną. Mamy przykłady systemów parlamentarnych o wysokiej stabilności, chociażby Wielką Brytanię, chociaż prawdą jest, że tam jest on równoważony przez niezwykle silną władzę rządową, za sprawą sprzyjającej temu ordynacji wyborczej. Myślę jednak, że równowagę można również osiągnąć poprzez praktykę sprawowania władzy – chodzi o przyzwyczajenie ludzi do tego, że decyzje dotyczą ich bezpośrednio i zaangażowanie ich w życie publiczne od bardzo wczesnego wieku, już w wieku szkolnym, poprzez edukację. System mógłby się w ten sposób sam zrównoważyć. Oczywiście łatwo powiedzieć, trudniej zrobić…

Niemniej jednak istnieją już różne, dobrze znane mechanizmy stabilizacyjne, na przykład konstruktywny wniosek o wotum nieufności w systemie parlamentarnym, co oznacza, że rząd można poddać wotum nieufności i obalić tylko wtedy, gdy ma się alternatywną większość rządową. To wcale nie są rozwiązania trudne do wdrożenia. Mamy też mechanizmy progowe, na przykład dotyczące odwołania wybranego przedstawiciela, i są to rzeczy, które nie istnieją tylko w teorii, nawet jeśli nigdy nie były stosowane akurat we Francji. Osobiście czekam z niecierpliwością na możliwość ich wdrożenia, bo rozwiązania problemów doskonale znamy, tylko do tej pory nie mieliśmy prawa odpowiedniego zmodyfikowania konstytucji.

Mówiliśmy też o tym, że VI Republika niekoniecznie jest projektem lewicowym, ale czy twoim zdaniem stanowi ona potencjalny sposób na utorowanie drogi do socjalizmu? Czy może raczej jest to reforma instytucjonalna wykraczająca poza ten podział ideologiczny?

Myślę, że gdyby doszło do powstania VI Republiki, nieuchronnie ujawniłby się wyraźny konflikt ideologiczny, a przynajmniej zostałby on wreszcie otwarcie nazwany. Bo taki antagonizm naturalnie istnieje już dziś, tyle że jest maskowany przez dominację określonej formy myślenia (m. in. kapitalistycznej) oraz przez systematyczne niszczenie myśli kontestującej istniejący porządek we wszystkich jej przejawach. Mamy do czynienia ze świadomym wygaszaniem alternatywy.

Z tego powodu budowa republiki o charakterze postępowym siłą rzeczy otworzyłaby drogę ku alternatywie socjalistycznej. Nie twierdzę, że koniecznie zakończyłoby się to zwycięstwem, trudno stwierdzić, ale jestem przekonana o pojawieniu się nowych możliwości, podczas gdy w obecnym systemie celowo blokuje się alternatywy. Rozpoczęcie procesu konstytucyjnego stanowiłoby więc dopuszczenie do przestrzeni publicznej pluralizmu ideologicznego.

Nie jest jednak powiedziane, że to lewica ten pluralizm wykorzysta. Przykładowo wybory do zgromadzenia konstytucyjnego mogą równie dobrze dać zwycięstwo prawicy. Nawet jeśli zaistnieje postępowa większość, nic nie gwarantuje ostatecznego wyniku: można tu przytoczyć przykład Chile, gdzie lewica opracowała projekt progresywnej konstytucji, który jednak został odrzucony w referendum.

Oczywiście, to poważne ryzyko. Tym bardziej, że we Francji mamy do czynienia z sytuacją, w której skrajne przesunięcie części społeczeństwa na prawo jest już bardzo zaawansowane. Niemniej jednak czuję się nieco uspokojona tym, co mogłam zaobserwować w okresie protestów Żółtych Kamizelek. Zdałam sobie sprawę – choć na początku nie byłam tego do końca pewna – że osoby nieposiadające szczególnego zaplecza politycznego czy instytucjonalnego potrafią mimo wszystko wypracować bardzo logiczne rozumowanie w tych kwestiach. Byłam pod dużym wrażeniem zdolności do uchwycenia istoty problemów, niezależnie od pochodzenia społecznego czy odniesień ideologicznych.


Chile między dwiema rewolucjami: dlaczego pinochetyści wracają do władzy?

Tekst: Krzysztof Katkowski
Ilustracja: Anna Ryczkowska

CZYTAJ TAKŻE


Zauważyłam to również podczas kampanii w 2017 roku, kiedy byłam odpowiedzialna za program LFI. Brałam udział w wielu spotkaniach publicznych, z ludźmi pochodzącymi z bardzo różnych środowisk. Przede wszystkim oddawałam głos zgromadzonym i nigdy nie spotkałam się z trwałą wrogością sali. Na początku osobom raczej prawicowym zdarzało się wyrażać sceptycyzm, ale gdy rozmowa schodziła na kwestie wolności i równości demokratycznej, wiele się zmieniało. Nagle perspektywa stawała się naprawdę wspólna, ogólnospołeczna. To doświadczenie bardzo mnie ukształtowało i do dziś napełnia mnie ufnością.

Jeśli chodzi o Chile, uważam, że proces ten został częściowo zniekształcony przez partie i organizacje polityczne, a udział społeczeństwa mógł być niewystarczający. Natomiast gdy zaangażowanie społeczne jest masowe, wiele rzeczy staje się możliwych – w tym te najlepsze.

Czyli obecnie znacznie większym zaufaniem darzysz lud i ruchy społeczne niż np. LFI i inne partie lewicowe?

Być może tak. Chociaż uważam, że we Francji Niepokornej istnieją zasoby polityczne i ideologiczne, których potrzebujemy w ruchu na rzecz VI Republiki. Z takiego przedsięwzięcia nie należy wykluczać żadnej partii postępowej.

A myślisz, że idea VI Republiki pozostaje nadal popularna? Bo mam czasem wrażenie, że mówi się o niej mniej niż np. w 2017 roku.

Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie, projekt VI Republiki znacznie posunął się naprzód w ostatnich latach. Kiedy w okolicach 2017 r. rozmawialiśmy o tym, podczas kampanii Francji Niepokornej, trudno było zaimplementować ten temat w debacie publicznej. Dzisiaj mam wrażenie, że wszyscy o nim myślą, ponieważ poczucie chaosu jest bardzo silne.

Co najważniejsze, ten chaos jest wyraźnie utożsamiany z konkretną osobą – prezydentem Republiki. Ludzie w końcu dochodzą do wniosku, że tak dalej być nie może, nie akceptują już tak dużej zależności od jednej osoby. Tym bardziej, gdy osoba ta, ich zdaniem, działa w sposób bardzo kontrowersyjny. Tak więc uważam, że idea VI Republiki zyskała na popularności i jeszcze wiele o niej usłyszymy.