WSPIERAJ
Menu

Policja na uczelniach, czyli jak władze wyciągają wnioski

Tekst: Dominik Chrabski
Fotografia: Roman Koziel

Przedsłowie od redakcji

W roku 2024 pokolenie Z po raz kolejny – po okresie młodzieżowych strajków klimatycznych sprzed kilku lat – odcisnęło swoje piętno na polityce globalnej i krajowej. Przez cały świat zachodni przetoczyła się fala studenckich demonstracji i okupacji (encampments) uczelnianych kampusów w ramach sprzeciwu wobec ludobójstwa w Gazie oraz neokolonializmu uprawianego przez państwo Izrael przy wsparciu USA i Europy. Studencki ruch protestu w tej sprawie pojawił się także w polskich miastach. W Krakowie, w Warszawie i we Wrocławiu w miesiącach wiosenno-letnich odbyły się okupacje terenów i budynków uniwersyteckich. W tym samym czasie studenci skupieni wokół Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej protestowali przeciwko wyprzedawaniu zaplecza socjalnego polskich uczelni i elitaryzacji szkolnictwa wyższego, okupując krakowską „Kamionkę” – akademik, który stał pusty po ogłoszeniu planów jego sprzedaży przez władze UJ, podobnie, jak w 2023 roku poznańska “Jowita” odebrana studentkom przez władze UAM. 

O ile protesty w sprawie palestyńskiej i te związane z elitaryzacją szkolnictwa wyższego wiele różniło, podzielały one przynajmniej dwie cechy: po pierwsze, skierowane były przeciwko możnym i wpływowym tego świata, a po drugie – posługiwały się metodą strajku okupacyjnego. Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej już w „Jowicie” prowadziły narrację, zgodnie z którą okupacja jest dla studentów tym, czym dla pracowników jest strajk. Z tego samego założenia wyszli studenci w Serbii, którzy odegrali ostatnio niezwykle ważną rolę podczas ogólnokrajowych protestów

Organizacja okupacji jest jednak obarczona jednym poważnym ryzykiem: w odróżnieniu od legalnej akcji strajkowej w miejscu pracy, może ona łatwo prowadzić do uruchomienia państwowego aparatu represji. Nawet, kiedy odbywa się w przestrzeni teoretycznie autonomicznej, jaką jest uniwersytet. Planując zajęcie „Jowity”, poznańscy studenci zakładali jeszcze, że władze UAM nie posuną się do sprowadzenia sił policyjnych do akademika. Jak pisała Magda Kalbarczyk w książce „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego”: „Znajdowaliśmy się na terenie uniwersytetu, w budynku akademika, usunięcie nas z tej przestrzeni wymagałoby użycia siły. Tutaj przyszło nam też z pomocą obowiązujące w Polsce prawo, uznające uniwersytety za jednostki autonomiczne – wejście policji wymagałoby zgody rektorki, a to mogłoby zniszczyć przyjazny wizerunek prostudenckiej uczelni, na jaką kreuje się UAM”. Wejście policjantów do budynku, jak wynika z wywiadów przeprowadzonych z uczestnikami okupacji, było głównym przedmiotem obaw strajkujących. W „Jowicie” udało się go jeszcze uniknąć. 

Jednak już podczas strajku okupacyjnego w „Kamionce” były rektor UJ, Jacek Popiel, podjął próbę usunięcia studentów z akademika przy użyciu siły, otwierając tym samym furtkę do wprowadzenia policji na kampusy w III RP. W jego ślady poszedł następnie rektor UW, Alojzy Nowak, wzywając służby do studentów blokujących bramę kampusu głównego w ramach protestu w sprawie palestyńskiej. Od czasu „Kamionki” użycie sił policyjnych do pacyfikacji studenckiego oporu stało się nowym standardem, co tylko potwierdza ostatnia interwencja na UJ. Jak pisze Dominik Chrabski w książce „Kamionka zostanie. Rok studenckich okupacji”: „Rektorzy uczą się na błędach, wyciągają wnioski i wiedzą już, jak radzić sobie z okupacjami. Okupacja nie jest złotą formułą oporu na uczelni, która zawsze będzie skuteczna, o ile zostanie dobrze przeprowadzona. Jeżeli nasze taktyki będą stały w miejscu, zostaniemy w tyle. Zajmowanie przestrzeni na uczelni daje nam dużą przewagę i silną pozycję przetargową. Jeżeli dalej chcemy z niej korzystać, musimy znaleźć sposób, jak zrobić to tak, byśmy nie dali się przeczekać czy rozgonić policyjnymi pałkami”. 

Duże prawdopodobieństwo interwencji sił przymusu w odpowiedzi na przejawy oporu na uniwersytecie stało się więc dla obecnego ruchu studenckiego nową rzeczywistością, którą musi on przemyśleć, aby móc skutecznie działać w przyszłości. Dominik Chrabski w tekście „Policja na uczelniach, czyli jak władze wyciągają wnioski” zestawia ze sobą przebieg dwóch interwencji policyjnych, na UW i UJ. Zachęcamy do lektury całego tekstu, który zamieszczamy niżej, a także całej książki „Kamionka zostanie. Rok studenckich okupacji”, którą jako Magazyn Gromady objęliśmy matronatem.  

Policja na uczelniach, czyli jak władze wyciągają wnioski  

17 maja 2024 roku – Kamionka  

Atmosfera w sali konferencyjnej jest napięta. Przed chwilą otrzymaliśmy informację, że za pół godziny na miejsce strajku okupacyjnego, który rozpoczął się niespełna kilka godzin temu, przyjedzie policja. Nie mamy żadnych innych informacji, nie wiemy, jakimi siłami dysponują służby ani co zamierzają zrobić. Trzeba podjąć decyzję, co robimy. Wszyscy są w szoku, lecz pomimo napięcia dyskusja jest spokojna i uporządkowana. Kilka pierwszych osób zabierających głos jest za tym, by pozostać w piwnicy, przygotować dokumenty, wpuścić służby i dać się wylegitymować. Co innego mamy zrobić? Dosyć szybko pojawiają się głosy przeciwne. Jeżeli policja zbierze nasze dane, szansa na uniknięcie odpowiedzialności spada praktycznie do zera. Jeżeli po spisaniu funkcjonariusze każą nam opuścić budynek, będziemy musieli wyjść, a to oznacza koniec okupacji. Głosujemy, decyzja zostaje podjęta. Zostajemy, fizycznie blokujemy drzwi, odmawiamy opuszczenia budynku, lecz nie stawiamy oporu, jeśli dojdzie do konfrontacji siłowej. 

Na miejsce przyjeżdża pierwszy radiowóz, niedługo potem zjawiają się cztery kolejne. Pod akademikiem zbiera się grupa łącznie około dziesięciu funkcjonariuszy. Nie mają na sobie charakterystycznych białych kasków i ochraniaczy, nie niosą tarcz. Przed budynek wychodzą pracownicy administracji akademika, zaczynają rozmawiać. Stoimy na klatce schodowej, ubrani w kamizelki trzymamy się pod ręce, zagradzając wejście i czekamy na negocjatora. Po dłuższej chwili jeden z policjantów podchodzi do drzwi. Przedstawia się jako starszy aspirant i żąda wskazania jednej osoby jako przedstawiciela strajkujących, z którym będzie negocjował. Odmawiamy, nie będziemy prowadzić negocjacji w ten sposób, rozmawiamy wszyscy albo nie rozmawiamy wcale. Pada groźba: jeżeli nie opuścimy budynku, przyjadą tutaj takie siły, że zostaniemy wyciągnięci z budynku i pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Pytamy o to, czy służby otrzymały zgodę rektora na wejście na teren uczelni. Policjant twierdzi, że taką zgodę posiada, jednak gdy żądamy okazania jej na piśmie, wychodzi, by ją „załatwić”, i już nie wraca. 

Jest środek nocy, impas trwa już kolejną godzinę. Siedzimy na klatce schodowej i zza oszklonych drzwi oglądamy niewielki tłum, który zebrał się pod Kamionką. Poza policjantami na parkingu stoi dwójka radnych, posłanka, pracownicy akademika i okoliczni mieszkańcy. To za ich pośrednictwem docierają do nas strzępki informacji na temat naszej sytuacji. Na miejsce dociera również komendant – jest jasne, że decyzja o losach tej interwencji nie zapadła wcześniej, a jej podjęcie wykracza poza kompetencje starszego aspiranta. Przez panującą ciemność ledwo jesteśmy w stanie dostrzec sylwetkę dowódcy rozmawiającego przez telefon. Po chwili do drzwi podchodzą polityczki z Razem, które przekazują nam, że dziś interwencji ze strony służb nie będzie. Rozmówcą komendanta nie był rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz specjalista ds. bezpieczeństwa Wadim Dyba, który wcześniej pełnił funkcję komendanta krakowskiej policji. Choć władze nie potwierdziły tego wprost, to najprawdopodobniej on wezwał policję, a następnie przez kilkanaście minut usiłował przekonać służby do podjęcia czynności. Interwencja poselska ujawniła, że zrobił to bez upoważnienia rektora, który przebywał wtedy w Warszawie. Wkrótce potem zobaczyliśmy, jak policjanci wsiadają do radiowozów i odjeżdżają.

Dlaczego interwencja przebiegła w ten sposób?

Podczas pierwszej doby okupacji Kamionki reakcja władz Uniwersytetu Jagiellońskiego była bardzo chaotyczna i nieskoordynowana. Popełniły one szereg błędów, które ostatecznie kosztowały je przegraną w strajku. Pierwszym z nich było zlekceważenie strajkujących. Dyba na pewno znał procedury i nie mógł nie wiedzieć, że policja nie będzie mogła legalnie wejść na teren uczelni. Musiał liczyć na to, że aby zakończyć okupację, wystarczy samo pojawienie się mundurowych i zastraszenie studentów i studentki. Kolejnymi potknięciami były zignorowanie przepisów i brak koordynacji ze służbami. Gdy sama groźba interwencji nie zadziałała, okazało się, że policja ani nie dysponuje odpowiednimi siłami, by rozbić strajk, ani nawet nie jest upoważniona do podjęcia czynności. Być może największym błędem było jednak pominięcie etapu rozmów i przejście od razu do próby pacyfikacji. Ta nieuzasadniona, nagła eskalacja ze strony władz przesądziła o tym, że wydarzenia pierwszej nocy okupacji były dużym zwycięstwem narracyjnym strajku. Uczelni trudno było obronić w przekazie medialnym swoje działania jako racjonalne, uzasadnione i podyktowane troską o dobro społeczności, gdy nawet nie podjęła ona próby ugodowego rozwiązania konfliktu. Te błędy nie miałyby jednak żadnego znaczenia, gdyby strajkujący i strajkujące zachowali się inaczej.

Z perspektywy czasu reakcja władz może się wydawać zwyczajnie niekompetentna, lecz założenia, na których się opierała, nie były zupełnie nieracjonalne. Informacja o wezwaniu policji była szokiem dla wszystkich strajkujących. Dla wielu konfrontacja ze służbami była najczarniejszym scenariuszem. Co zatem sprawiło, że strach nie przerodził się w panikę i udało się utrzymać strajk? Przede wszystkim ustalenie jasnego planu działania. Cała grupa wiedziała wcześniej, w jaki sposób ma się zachowywać, czego nie robić i w jakim miejscu stać. Ustaliliśmy, w którym momencie odpuszczamy i przestajemy stawiać opór — tą granicą byłoby fizyczne wyciąganie nas z akademika. Do rozmawiania z policją zostały wyznaczone konkretne osoby, cała reszta się nie odzywała. Pozwoliło to zachować kontrolę nad tym, co przekazujemy policji, i zapobiegło pojawianiu się głosów sprzecznych z ustaloną linią. Gdy tylko otrzymaliśmy informację o wezwaniu policji, wykorzystaliśmy wszystkie kontakty do osób wspierających, jakie mieliśmy. Niezwłocznie zamieściliśmy też informację w mediach społecznościowych i upewniliśmy się, że całe zajście jest nagrywane. Większa liczba oczu to większa presja na służby. Istotny był też sam przebieg procesu decyzyjnego. Pomimo presji i braku czasu odbyła się otwarta dyskusja, podczas której wspólnie rozważyliśmy różne strategie działania i wybraliśmy jedną z nich w głosowaniu. Taki sposób podejmowania decyzji spaja grupę i daje podmiotowość wszystkim jej członkom i członkiniom. Decyzja podjęta wspólnie jest decyzją całej grupy, a osoby wchodzące w jej skład bardziej poczuwają się do przestrzegania ustaleń. W końcu na naszą korzyść zadziałało samo miejsce okupacji, budynek można było stosunkowo łatwo zablokować, stając w drzwiach. W pierwszym rzędzie stały tylko trzy osoby, które zastawiały jedyną, poza oknami, drogę wyjścia. Cała reszta nie miała więc wyboru, nie mogła opuścić blokady bez przedzierania się przez zwartą, zdeterminowaną grupę swoich koleżanek i kolegów.

Gra na czas 

Nieproporcjonalna brutalność była błędem, którego władze nie powtórzą. 24 maja 2024 roku, siedem dni po rozpoczęciu strajku okupacyjnego w DS „Kamionka”, studentki i studenci rozbijają namioty na placu na terenie Collegium Broscianum, w którym znajduje się Instytut Filozofii, Socjologii i Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Żądają jednoznacznego potępienia ludobójstwa w strefie Gazy, udostępnienia informacji na temat współpracy Uniwersytetu Jagiellońskiego z izraelskimi firmami i uczelniami oraz zerwania tych kontaktów. Reakcja władz rektorskich diametralnie różni się od tej sprzed tygodnia. Okupacja również rozpoczyna się w piątek: niemal natychmiast bramy zostają zamknięte, jednak do poniedziałku rektor Piotr Jedynak nie podejmuje żadnych dalszych kroków. Po weekendzie zjawia się osobiście na miejscu strajku wraz z prorektorami i podejmuje negocjacje. Okupujący otrzymują zgodę na przebywanie i organizację wydarzeń na zajmowanym terenie oraz zapewnienie, że nie poniosą konsekwencji prawnych i dyscyplinarnych. W wypowiedziach medialnych osoby uczestniczące w strajku mówią o dobrej woli i chęci dialogu ze strony władz.

Skłonność do rozmów była jednak pułapką, w którą okupujący Collegium Broscianum dali się złapać władzom uczelni. Kolejne spotkanie poświęcone było już nie żądaniom strajku, lecz ustaleniu jego warunków. Choć udało się zwiększyć komfort protestujących studentek i studentów, negocjacje nie przybliżyły strajku w żaden sposób do spełnienia jego postulatów, a jedynie zapewniły uczelni PR-owe zwycięstwo. Dalsze rozmowy były już mniej owocne, a im dłużej trwały, tym mniejsze było zainteresowanie mediów i społeczności akademickiej. Czas działa na niekorzyść strajkujących. Nawet jeżeli siłami całego środowiska aktywistycznego uda się utrzymać okupację, szanse na spełnienie jej żądań maleją. Żelazna determinacja organizatorów przekonanych o swojej moralnej słuszności nie wygra ze zmęczeniem zwykłych ludzi. Nawet studentki i studenci sympatyzujący z żądaniami okupacji w końcu będą mieli dość hałasu i tych samych powtarzanych w kółko sloganów. Wobec nieustępliwości władz, przy spadającym poparciu społecznym, eskalacja działań zaczyna wyglądać jak akt desperacji. Gdy senat Uniwersytetu Jagiellońskiego przyjął symetrystyczną i kompromisową uchwałę, w której potępia działania „dokonywane w imieniu państwa Izrael” oraz „terrorystów z Hamasu” i uznaje sprawę za zakończoną, aktywiści Akademii z Palestyną przykuli się kajdankami do bramy Collegium Novum. Akcja, która spotkała się z szybką reakcją policji, przeszła bez echa. Ostatecznie okupacja w Collegium Broscianum zakończyła się po 144 dniach jej trwania.

12 czerwca 2024 roku – Kampus Główny Uniwersytetu Warszawskiego

Równocześnie z okupacją Collegium Broscianum studentki i studenci z UW z Palestyną rozbili namioty w parku Autonomia na Uniwersytecie Warszawskim. Żądania były identyczne, a reakcja władz początkowo podobna. Tutaj rektor Alojzy Nowak również zamknął bramy do parku, lecz stosunkowo szybko podjął negocjacje. Strajkującym zapewniono dostęp do przenośnych toalet i tolerowano ich obecność. W toku kolejnych rozmów obiecano stworzenie komisji etyki współprac międzynarodowych, postępy przebiegały jednak mozolnie. Rektor odmawiał jednoznacznego potępienia działań Izraela, powołując się na historię antysemityzmu na uczelni.

Impas w rozmowach powoduje narastanie frustracji wśród strajkujących studentek i studentów. Zapada decyzja o przeniesieniu okupacji w bardziej widoczne miejsce – na Kampus Główny. W przeciwieństwie do parku Autonomia, Collegium Broscianum czy Kamionki kampus jest olbrzymią, otwartą przestrzenią. Stwarza to szereg problemów dla prowadzenia okupacji. Zachowanie spójności grupy jest praktycznie niemożliwe. Strajkujący mieszają się z osobami postronnymi, nie sposób jest odróżnić, kto bierze udział w proteście. Nie da się w tych warunkach wspólnie podejmować decyzji i uzgadniać działań. Równocześnie nie ma jednego wąskiego gardła, które można łatwo zablokować, by skutecznie utrzymać kontrolę nad przestrzenią. Następuje próba zablokowania bram wjazdowych na uczelnię, jednak zasoby okupacji rozciągnięte są do granic możliwości. W najbardziej krytycznym momencie bramę główną blokuje jedynie pięć osób. Już w pierwszym dniu eskalacji działań dochodzi do przepychanek i kłótni ze strażą akademicką i pracownikami uniwersytetu. Następnego dnia chaos się pogłębia, sytuacja dalej wymyka się spod kontroli. Kampus jest beczką prochu, która czeka na iskrę. W którymś momencie przez megafon pada hasło „idziemy na rektorat”.

Władze informują o obrażeniach i atakach paniki pracowników, polewaniu straży akademickiej cieczą, wybitych szybach, blokowaniu wyjazdu kobiet w ciąży i osób jadących na chemioterapię. UW dla Palestyny dementuje większość z nich, nie jest to jednak istotne. Znaczenie ma to, że rektor uzyskał odpowiedni pretekst i w zaistniałym chaosie z łatwością może przedstawić wezwanie policji jako uzasadnioną i proporcjonalną reakcję. Na teren kampusu wkracza oddział kilkudziesięciu policjantów przygotowanych do użycia siły, z jasnymi rozkazami rozbicia strajku. Pomimo oporu błyskawicznie rozmontowują blokady, wynoszą namioty i strajkujących. Bramy zostają zamknięte, a wstępu pilnują funkcjonariusze prewencji. Trzydziestu dwóm osobom zostają postawione zarzuty karne.

Uniwersytet stanu wyjątkowego 

Dzień po pacyfikacji i zamknięciu bram przed bramą główną Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się demonstracja. Początkowo zebrany na Krakowskim Przedmieściu tłum był bardzo energiczny. W powietrzu dało się wyczuć oburzenie studentek i studentów, w okrzykach wybrzmiewał jasny sprzeciw wobec obecności policji na kampusie, deptania autonomii uczelni i bierności samorządu. Przewodniczący zarządu Samorządu Studenckiego UW, który wyszedł przed bramę i próbował wypowiedzieć się w mediach, został zakrzyczany przez zgromadzonych i dość szybko schował się za murami. Na zgromadzenie skierowane były kamery i mikrofony największych stacji telewizyjnych i radiowych, mimo to dosyć szybko przekaz demonstracji uległ rozmyciu. Organizatorzy dużo więcej uwagi poświęcali tym samym kwestiom, przeciwko którym protestowali od miesiąca. Zgromadzenie przekształciło się w jedną z wielu demonstracji solidarnościowych z Palestyną. Wraz z upływem czasu coraz więcej zwykłych ludzi, których przyciągnęła niezgoda na ostatnie wydarzenia, zaczynało się rozchodzić. W kółku została ta sama grupa aktywistek i aktywistów, lecz wkrótce i oni wrócili do domów. Dosyć szybko jedynym śladem oporu przeciwko obecności policji na kampusie były klepsydry z treścią „Ś.P. autonomia uczelni” rozwieszone na wydziałach przez Warszawskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej.

Choć w dyskursie, zwłaszcza internetowym, wybrzmiało wiele głosów potępienia, zorganizowany opór wygasł. Praktycznie od razu rusza natomiast instytucjonalna machina legitymizacji i normalizacji przemocy. 17 czerwca 2024 roku ukazuje się oświadczenie kierowników jednostek dydaktycznych Uniwersytetu Warszawskiego popierające decyzję rektora, a następnie stanowisko Kongresu Rektorów Akademickich Szkół Polski, potępiające eskalację protestów i wyrażające wsparcie podejmowanych działań mających na celu przywrócenie porządku i zapewnienie bezpieczeństwa. Ministerstwo umywa ręce i stwierdza, że decyzja należała do rektora. Samorząd Studentów UW do tej pory nie zabrał stanowiska. Tymczasem pomimo odejścia policji bramy uniwersytetu pozostają zamknięte, a straż akademicka, choć już nie sprawdza legitymacji, dalej zadaje pytania o cel wizyty na kampusie. Pacyfikacja UW z Palestyną stworzyła nie tyle niebezpieczny precedens, ile nową normę stosunków na kampusie – uniwersytet stanu wyjątkowego. 

Wyścig zbrojeń 

Zaproszenie policji na kampusy nie powinno być postrzegane jako pojedyncze nadużycia czy wyizolowane akty przemocy. Zaostrzenie reakcji uczelni i dyskurs, który je legitymizuje, stanowi wyraz obserwowanej przez nas od dawna tendencji. Założenia polityki władz pozostały niezmienne – celem nie jest dojście do porozumienia, wysłuchanie problemów społeczności i ich rozwiązanie, lecz utrzymanie iluzji spokoju za wszelką cenę. Wszelkie przejawy zaangażowania politycznego i działalność studencka są niepożądane. Opór może być tolerowany jedynie pod warunkiem, że jest mało uciążliwy. Zmienił się jedynie sposób, w jaki rektorzy wykorzystują narzędzia tłumienia konfliktów. Gdy ruchy studenckie rosną w siłę i zdobywają większe poparcie społeczne, władza zaczyna traktować nas poważnie. Nie jako partnerów, tylko jako zagrożenie, które uzasadnia siłową odpowiedź. Lata bezruchu politycznego na uniwersytetach działały na naszą korzyść, jednak system błyskawicznie adaptuje się do zmian politycznej dynamiki. Bezpowrotnie straciliśmy przewagę wynikającą z zaskoczenia. Rektorzy uczą się na błędach, wyciągają wnioski i wiedzą już, jak radzić sobie z okupacjami. Okupacja nie jest złotą formułą oporu na uczelni, która zawsze będzie skuteczna, o ile zostanie dobrze przeprowadzona. Jeżeli nasze taktyki będą stały w miejscu, zostaniemy w tyle. Zajmowanie przestrzeni na uczelni daje nam dużą przewagę i silną pozycję przetargową. Jeżeli dalej chcemy z niej korzystać, musimy znaleźć sposób, jak zrobić to tak, byśmy nie dali się przeczekać czy rozgonić policyjnymi pałkami.


Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.


CZYTAJ WIĘCEJ