Tekst:
Alžběta Medková, Michal Špína
„Niech to usłyszy cała Serbia, Europa i świat – nigdy się nie poddamy. A wy nie będziecie kopać!” – rozbrzmiewa okrzyk z platformy na belgradzkim placu Slavija. Odpowiedzią jest entuzjastyczny ryk prawie 150-tysięcznego tłumu, wrzask wuwuzeli i gwizdków oraz morze setek serbskich flag. Przy mikrofonie stoi Zlatko Kokanović, rolnik z wioski Gornje Nedeljice i aktywista ruchu Ne damo Jadar (pol. Nie oddamy Jadaru). Jest sobota, 28 czerwca, a Belgrad opanowuje kolejna z masowych demonstracji przeciwko obecnemu kierownictwu kraju, na czele którego stoi prezydent Aleksandar Vučić.
Protesty, trwające wiele miesięcy, rozpoczęto w reakcji na tragiczne zdarzenia z 1 listopada 2024 roku, kiedy pod zawalonym dachem na dworcu w Nowym Sadzie zginęło szesnaście osób. Głównym motywem demonstracji była wtedy walka z korupcją i niekompetencją rządzących. To one doprowadziły m.in. do niedbałej – i przez to tragicznej w skutkach – odbudowy dworca w Nowym Sadzie.
Jednocześnie, nieodłącznym elementem protestów jest również społeczny sprzeciw szeroko zakrojonemu projektowi wydobycia litu w dolinie rzeki Jadar na zachodzie Serbii, realizowanemu przez globalną korporację Rio Tinto.
Nowa ropa, białe złoto
Jadar to rzeka, która wije się w pobliżu granicy z Bośnią, pomiędzy polami i wioskami. Nic nie wskazuje na to, że ten malowniczy wiejski krajobraz wokół miasta Loznica może stać się jednym z najważniejszych frontów w walce o przyszły kształt Europy.
Prawda jest jednak inna: ten region może się bowiem pochwalić nie tylko wyjątkowo urodzajną glebą i bogatymi zasobami wody pitnej, ale pod powierzchnią kryje także jeden z najbardziej pożądanych skarbów współczesności – lit. Ten alkaliczny metal, wykorzystywany m.in. w produkcji baterii, jest postrzegany jako środek umożliwiający zieloną transformację i dekarbonizację, m.in. poprzez elektryfikację transportu samochodowego. Co więcej, może on również znacząco wzmocnić energetyczną niezależność Europy od paliw kopalnych, przede wszystkim od Rosji. Obecność litu mogłaby więc wydawać się błogosławieństwem, jednak jego wydobycie wiąże się z ogromnym ryzykiem.
„Projekt Jadar jest problematyczny nie tylko z punktu widzenia środowiskowego, ale i społecznego. Jest narzucany siłą, z góry, wbrew woli miejscowej ludności, a de facto także większości obywateli Serbii, którzy słusznie uważają go za destrukcyjny i niesprawiedliwy” – wyjaśnia Nina Djukanović, ekspertka ds. polityki środowiskowej pracująca w Oksfordzie. Jak mówi Djukanović, olbrzymia kopalnia może nieodwracalnie zniszczyć lokalny krajobraz, glebę i zasoby wody pitnej, podczas gdy zyski przyniosłaby głównie firmie Rio Tinto, drugiej co do wielkości korporacji wydobywczej na świecie z siedzibami w Londynie i Melbourne. Serbowie postrzegają więc projekt jako ingerencję w swoją suwerenność – własny kraj ma zostać poświęcony obcym interesom, czy to prywatnym, czy rzekomo europejskim.
Historia projektu sięga 2004 roku, kiedy geolodzy pracujący dla Rio Tinto odkryli w dolinie Jadaru nowy minerał zawierający wyjątkowo wysokie stężenie litu – rzadkiego metalu, który czasem nazywa się „białym złotem” lub „nową ropą” (tak mówił o nim Elon Musk). Minerał o wzorze chemicznym LiNaSiB3O7(OH) nazwano jadarytem na cześć regionu, którego życie wywrócił do góry nogami. Próbkę można zobaczyć w muzeum powiatowym w Loznicy – to małe białe ziarenka w kawałku szarej gliniastej masy, nieco większej od hokejowego krążka.
Jadaryt stał się dla wielu obietnicą serbskiego sukcesu narodowego, jak i okazją na rozwój kraju. Według ludzi Rio Tinto jego wydobycie miałoby przyczynić się do wzrostu PKB Serbii o 1–4% i stworzyć dwa tysiące miejsc pracy. Wszystko to jednak kosztem wysiedlenia wielu mieszkańców, zniszczenia miejsc, w których żyją od pokoleń, nieodwracalnego naruszenia krajobrazu, bardzo wysokiego ryzyka skażenia wód pitnych, degradacji gruntów rolnych oraz innych skutków ubocznych, jak np. ogromnego obciążenia transportowego. Choć kopalnia ma być podziemna, jej budowa i eksploatacja bezpośrednio dotknęłyby mieszkańców dziesiątek wsi, a w przypadku skażenia wody i gleby – reszty kraju. Byłaby to nie tylko pierwsza kopalnia litu w Europie, lecz także pierwsza w gęsto zaludnionym regionie rolniczym.
W 2020 roku górnicy rozpoczęli wykup gruntów, planując rozpoczęcie wydobycia w 2026 roku. Dopiero wtedy ujawniła się pełna skala projektu. Według mieszkańców doliny Jadaru i innych przeciwników wydobycia – akademików, aktywistów i szerokiej opinii publicznej – projekt Jadar od początku cierpiał na brak transparentności, choć Rio Tinto odrzuca wszelką krytykę dotyczącą swojej nieprzejrzystości. Firma miała ukrywać skalę i charakter wydobycia, dzięki czemu część mieszkańców wsi Gornje Nedeljice i kilku innych wsi sprzedała swoje grunty korporacji. Dziś większość mieszkańców nie zamierza sprzedać swoich domów ani pól za żadną cenę, a bez tego rozpoczęcie budowy kopalni jest niemożliwe. Ich determinacja doprowadziła do masowych protestów w całej Serbii, w wyniku których na początku 2022 roku rząd oficjalnie anulował projekt. Okazało się jednak, że tylko pozornie – ta decyzja pomogła rządzącym wygrać wybory. W ubiegłym roku wznowiono przygotowania do wydobycia, co ponownie ożywiło ruch protestacyjny. Wzrosło ono jeszcze bardziej, gdy projekt wydobywczy uzyskał poparcie Unii Europejskiej.
Chcą nas kupić
Pod koniec czerwca większość Europy jest tak gorąca, że aż parzy.
Mimo to, we wsi Gornje Nedeljice, przyjmują nas Nebojša Petković i jego żona Marijana, ważne postacie lokalnego ruchu protestacyjnego. Pytamy o Draganę Lukić, burmistrzynię Loznicy, pod którą administracyjnie podlegają Nedeljice. Lukić, która w regionie nazywana jest „Rio Dragana”, jest zwolenniczką wydobycia i członkinią Serbskiej Partii Postępowej Vučića (SNS).
„Nie mamy z nią żadnego kontaktu, mówi o nas bzdury, a my odpisujemy jej tylko przez media społecznościowe” – mówi spokojnie Nebojša.
Na nasze pisemne pytania dotyczące korzyści z wydobycia dla regionu burmistrzyni niestety nie odpowiedziała.
Przed domem Petkovićów wita nas Dragan Karajčić, starszy mężczyzna z wąsikiem, w kapciach, dresie i koszulce stowarzyszenia Ne damo Jadar, i od razu wsiadamy do jego starego, ciemnozielonego Passata, aby pokazał nam, jak kilka setek zwykłych mieszkańców wsi potrafi bronić się przed ogromną korporacją międzynarodową i presją elit politycznych.
„Kiedy przyjeżdżają dziennikarze, zawsze ktoś z nas się nimi zajmuje” – zapewnia. „Gdy nie mogą Nebojša i Marijana, mogę ja, a jeśli nie ja, może Zlatko albo ktoś inny.”
Dragan jest sołtysem. „Mój poprzednik próbował współpracować z Rio Tinto, ale ja odmówiłem. Chodziłem na spotkania w Loznicy i informowałem ludzi, co się szykuje” – mówi po serbsku, powoli przejeżdżając główną drogą, przy której mieszają się zadbane domy z ruinami otoczonymi zaporami. Nawet na nich czasem widać napis „Nećete kopati” (Nie będziecie kopać). „Tę walkę rozpoczęliśmy w 2021 roku w pięć osób, a dziś jest nas z okolicznych wsi około trzystu-czterystu.”

Zatrzymujemy się przed bramą prawosławnego kościoła św. Jerzego, a Dragan prowadzi nas na miejscowy cmentarz. „Spoczywa tu sześć, siedem pokoleń. Wyobraźcie sobie, że leży tu wasz tata, dziadek, pradziadek…”. Rio Tinto twierdzi, że z kościołem i cmentarzem nic się nie stanie – przynajmniej według aktualnych planów – jednak na wizualizacjach samej korporacji widać, że kościół od wsi oddziela nasyp nowej drogi do obsługi kopalni, a tuż za cmentarzem wznosi się wał dźwiękochłonny.
„W tym domku mieliśmy pierwsze spotkania” – pokazuje Dragan na jednopiętrowy budynek obok kościoła. „Ale wyrzucili nas, gdy do Belgradu przyszedł nowy patriarcha. Pewnie jest za kopalnią. Więc zebraliśmy się i postawiliśmy własny sztab.” Patrzymy z wzniesienia na szeroką dolinę, wzdłuż której ciągnie się mozaika pól, nad którymi faluje gorące powietrze. „Tam płynie rzeka Korenita, a kawałek dalej wpływa do Jadaru. W 2014 roku obie rzeki wystąpiły z brzegów. Widzicie te pola kukurydzy? Były wtedy trzy metry pod wodą. A oni w tych miejscach planują hałdę – dwa kilometry długości i sześćdziesiąt metrów wysokości” – mówi Dragan.
„To wszystko zostałoby zniszczone, właściwie powstałaby pustynia” – kontynuuje nasz przewodnik. „Nie wiem, co powiedzielibyście na to w Czechach, potraficie sobie to wyobrazić?” Myśląc o zniszczonym krajobrazie północnych Czech, zburzonych miastach i wysiedlonych mieszkańcach oraz możliwym wydobyciu litu w Cínovcu, odpowiadamy, że niestety potrafimy. „Widzicie. A my jesteśmy jednym z nielicznych przypadków w tej części świata, gdzie grupa miejscowych postawiła się, nie dała się zmanipulować, i dołączyli kolejni ludzie.”
„Ale macie potężnych wrogów…”
„Tak, mamy. Prezydenta Serbii i rząd, Rio Tinto i Rio Sava – jej krajową filię. A także Unię Europejską. My się tylko bronimy, nikogo nie atakujemy” – tłumaczy Dragan, wskazując na puste domy w okolicy. „Chcieliby nas kupić, jak kupili naszych byłych już sąsiadów. Oskarżają nas, że albo jesteśmy rosyjskimi agentami, albo po prostu prostakami.”
Arsen kontra kukurydza
Passat Dragana zjeżdża z asfaltowej drogi i kontynuuje podróż po polnych ścieżkach, bardziej zakurzonych niż zwykle – od miesiąca nie padał już deszcz. Między kukurydzą zaczynają wystawać niebieskie metalowe słupki, około pół metra wysokości i średnicy około dwudziestu centymetrów – są to odwierty geologiczne. W sumie wykonano ich tu ponad pięćset. Nie rzucają się bardzo w oczy, ale ich zdjęcia i nagrania trafiły nawet do zagranicznych mediów. „Były tu trzy francuskie stacje telewizyjne” – opowiada Dragan, gdy wysiadamy z auta. „A także Niemcy, Polacy, Rosjanie, al-Dżazira… Tylko nasze prorządowe media tu nie przyjeżdżają.”
Jesteśmy na terenie, który Rio Tinto dzierżawi, a właścicielce rzekomo płaci odszkodowanie za skutki swojej działalności, choć jednocześnie bagatelizuje jej skutki. „My ufamy tylko naukowcom i ekspertom” – podkreśla Dragan. „I oni też próbują przekonać ich na swoją stronę, przekupić. Znacie Draganę Đorđević? Ona się nie dała kupić, choć próbowali.”
W zeszłe lato, wraz z kolegami, naukowczyni ta, pracująca na Wydziale Chemii Uniwersytetu Belgradzkiego, opublikowała w piśmie Scientific Reports artykuł o wpływie prac geologicznych litu na środowisko. Według ich ustaleń, sam projekt wydobywczy w obecnej wersji zniszczyłby bezpośrednio 533 hektary ziemi, głównie pól i lasów. Najbardziej zagroziłby jednak źródłom wody pitnej dla 2,5 miliona ludzi – ze względu na ryzykowne położenie hałd w strefie zalewowej i wycieki niebezpiecznych substancji do wody i gleby. Według naukowców wycieki już mają miejsce z powodu odwiertów.
Đorđević i jej współpracownicy pobrali próbki wody w dwóch miejscach rzeki Jadar. Pod strefą odwiertów zmierzono siedemnastokrotnie wyższe stężenie boru niż powyżej niej, a także wielokrotnie wyższe wartości arsenu i litu.
Jak opisano w cytowanym artykule, w promieniu kilku metrów wokół niektórych odwiertów przestały rosnąć uprawy. My rok później widzimy to na własne oczy: wokół metalowego cylindra jest tylko sucha gleba, nie rośnie nawet chwast, a kawałek dalej, gdzie kukurydza się uchwyciła, rośliny są wyraźnie niskie. Naukowcy twierdzą więc to samo, co miejscowi: szkody ekologiczne powoduje już sama przygotowawcza działalność projektu.
Firma zaprzecza tym zarzutom, powołując się na własnych ekspertów. Określiła artykuł jako wprowadzający w błąd i oficjalnie zażądała jego wycofania. Na naszą prośbę o komentarz zespół medialny Rio Tinto stwierdził, że „działania obserwowane na miejscu związane są z monitoringiem środowiskowym, a odwierty są standardowym narzędziem do pomiaru poziomu wód gruntowych i pobierania próbek do analizy chemicznej”.
Wszystko odbywa się rzekomo legalnie i transparentnie, a przy pobieraniu próbek wody i gleby we współpracy z „wiodącą doradczą i badawczą instytucją w serbskim sektorze wodnym – Instytutem Jaroslava Černego”. Jednak instytut ten, noszący imię wybitnego czeskiego hydrologa, działającego kiedyś w Jugosławii, został w 2022 roku sprywatyzowany mimo protestów obywateli, środowiska naukowego i nawet Rady rządowej ds. walki z korupcją. Państwo zrzekło się promocji interesu publicznego w sektorze wodnym i sprzedało instytut firmie budowlanej Millenium Team, znanej wcześniej z powiązań z SNS Vučića. Współpraca instytutu z Rio Tinto wpisuje się w logikę wszechobecnej korupcji i sprzedaży państwa, przeciwko którym protestują setki tysięcy ludzi.
Rozum nie w jednej głowie
Docieramy do sąsiedniej wsi. Tu również sporo domów stoi opuszczonych – czasem nawet dość nowe budynki, które najwyraźniej służyły tylko kilka lat. Rio Tinto kontynuowało wykup nieruchomości po cenach znacznie przewyższających wartość rynkową, nawet gdy projekt był oficjalnie wstrzymany. Zaskakuje nas, że większość domów ma zdjęte dachy. „To psychologiczna wojna, którą prowadzą przeciwko nam” – tłumaczy Dragan. „Ludziom, którzy sprzedali swoje domy, rozkazywali: Zburzcie dachy, zniszczcie więźby, dostaniecie pięć procent więcej. Aby tym, którzy zostali, pokazać, że też powinni się poddać. Ale w Nedeljicach już nie ma nikogo, kto byłby za kopalnią – ludzie tu mają pola, swoje źródło utrzymania.”
A ci, którzy sprzedali domy?
„Odeszli i większość pieniędzy roztrwonili – kupili sobie jeepy, drogie telefony i tak dalej. Ale czy pieniądze to jakiś cud świata? Przychodzą i idą w mig.”
Mijamy dom, który Rio Tinto wynajęło jako swoją siedzibę. „Ale wyrzuciliśmy ich. Z auta non-stop odtwarzaliśmy stare kosowskie przekleństwa.” Teraz przedstawiciele korporacji rzadko tu przyjeżdżają, miejscowi ich rozpoznają. Albo wyłapują drony, które stowarzyszenie zakupiło, by nie pozostawać w tyle za przeciwnikiem.
„Nie spodziewali się oporu. Myśleli, że szybko go złamią. Ale gdy im ustąpimy, po wszystkim.”
W ten sposób mieszkańcy Nedeljic są konsekwentni. Bez wcześniejszej zgody Dragana i lidera stowarzyszenia Zlatka, ludzie z Rio Tinto nie mogą wejść do wsi. Jeśli mimo to się pojawią, zostaną natychmiast zablokowani przez miejscowych przybywających traktorami, samochodami lub pieszo. „Mamy powiedzenie – rozum nie w jednej głowie, rozumiecie? Jeden człowiek nigdy nie jest wystarczająco mądry i sam nic nie zdziała. I nie wszyscy mogą robić wszystko. Więc ktoś pisze maile, ktoś zajmuje się dziennikarzami, ktoś chodzi na protesty, ktoś monitoruje sytuację – zmieniamy się, mamy harmonogramy i na ustalone ostrzegawcze sygnały każdy porzuca wszystko i przybywa na miejsce. I walka będzie trwać – nie skończy się jutro, oni prowadzą ją do wyczerpania. Tak to bywa z wojnami. Ale bez miejscowych nic nie zdziałają.”
W biurze górników
Tylko kilka godzin przed wycieczką po rozgrzanych polach siedzieliśmy w przyjemnie klimatyzowanym biurze „drugiej strony”. W Loznicy, w lokalnym infocentrum Rio Tinto, przyjęli nas dwaj serbscy przedstawiciele firmy. Witali nas szerokimi uśmiechami, podali wodę, świeże owoce, torby z gadżetami i materiały o szacunku firmy dla bioróżnorodności i dziedzictwa kulturowego. Nie mogliśmy jednak nagrywać.
„Nasze drzwi są otwarte dla wszystkich, z kimkolwiek rozmawiamy, wszystko o projekcie wyjaśnimy” – zapewniają. „Są jednak tacy, którzy nie chcą rozmawiać i odmawiają dialogu – z tym niewiele możemy zrobić.” Relacje z lokalną społecznością są ponoć bardzo dobre. „Traktujemy poważnie naszą odpowiedzialność wobec wspólnoty i staramy się wspierać miejscowych – kupiliśmy np. strażakom z Loznicy nowy wóz.”
Nie mogliśmy nie zapytać, czy mimo oporu wobec wydobycia nie spotykają się z wrogimi reakcjami. Obaj mężczyźni usilnie starali się nas przekonać, że nie. „Przeprowadziłem się tu i nawet się ożeniłem” – mówi młodszy z nich. „Loznica to małe miasto, wszyscy wiedzą, dla kogo pracuję, ale traktują mnie dobrze.” Pochodzi z Boru, miasta na wschodzie Serbii, gdzie wydobywa się miedź i złoto. Dlatego chciał pracować dla Rio Tinto – to jedna z najważniejszych firm w branży wydobywczej. „W Borze jesteśmy przyzwyczajeni do wydobycia, żywi nas od pokoleń i nie widzimy w nim złych intencji.”
W marketingowych frazach, które w takich sytuacjach są standardem, dostrzegliśmy jednak nutę szczerości. Wiemy z regionów górniczych, że ludzie często nie chcą rezygnować z wydobycia i uważają je za część lokalnej tożsamości. Jednocześnie Bor należy do najbardziej zanieczyszczonych miejsc w Europie i wykazuje nadprzeciętną zachorowalność na raka. Sytuację pogorszyła sprzedaż większościowego udziału w 2018 roku chińskiej korporacji Zijin. Dragan i jego współpracownicy odwiedzili Bor – jako przestrogę.
Będziemy jeść baterie?
Przedstawiciele Rio Tinto opisują współistnienie korporacji z miejscowymi niemal jak idyllę. Jednak skala oporu w regionie i w całej Serbii wskazuje, że mieszkańcy traktują sytuację raczej jako kolejną walkę o przetrwanie. Przekonujemy się o tym w Nedeljicach, gdy Dragan Karajčić zabiera nas do „sztabu”.
To właśnie tam ludzie z ruchu Ne damo Jadar postawili małą drewnianą budowlę, by mieć miejsce do spotkań i planowania dalszych działań przeciwko górnikom i ich lobby. Jak powiedział Nebojša Petković niedawno dla Czeskiego Radia: zagrożenie zbliżyło mieszkańców wsi, którzy nie sprzedali swoich gruntów, i spędzają razem więcej czasu niż wcześniej.

Protesty przeciw wydobyciu i rządowi Vučića odbywają się często także w pobliskiej Loznicy. Zazwyczaj towarzyszą im koncerty i różne atrakcje, np. grillowanie świń. Na ostatniej większej akcji w lipcu oprócz traktorów i morza serbskich flag widoczny był wielki baner z Che Guevarą, a na końcu protestujący rzucali jajkami w lokalne infocentrum Rio Tinto – to chyba największa przemoc, jakiej się dotąd dopuścili.
Podczas gdy próbujemy choć trochę ochłodzić się w cieniu werandy, do „sztabu” przyjeżdżają mężczyźni w średnim i starszym wieku. Dowiadujemy się, że dziś mają tu zjazd członkowie sekcji weteranów wojennych. Jedni wyglądają jak zwykli emeryci, inni – z gęstymi brodami, w czapkach oraz nacjonalistycznych i monarchistycznych koszulkach – przypominają raczej czetników; w innych okolicznościach zapewne wolelibyśmy ich unikać, teraz jednak wiemy, że są tu w roli ekologicznych aktywistów.
Ruch Ne damo Jadar deklaruje apolityczność i koncentruje się na jednym celu – powstrzymaniu wydobycia. Inaczej zapewne nie byłoby możliwe, by w sztabie w Nedeljicach spotykali się miejscowi rolnicy, lewicowi studenci z Belgradu, motocykliści, zagraniczni ekoaktywiści oraz weterani wojen jugosłowiańskich.
Najmłodszy z nich, na oko około czterdziestki, szybko dosiada się do nas i – bez potrzeby zadawania jakichkolwiek pytań – zaczyna stanowczy monolog po angielsku: „Nie potrzebujemy tu żadnej kopalni. Po co? Żeby przez kilka lat zarabiać o dwadzieścia procent więcej? Przez tysiąc lat radziliśmy sobie bez wydobycia i nie widzimy w nim żadnej przyszłości”, mówi wzburzony. „Ważniejsze jest dla nas to, że produkujemy tu na wielką skalę dobrą żywność. Gdy tylko zacznie się wydobycie, nie będzie odwrotu. Skończy się rolnictwo, tak samo jak turystyka. Co wtedy będziemy jeść? Baterie?” Wskazuje też na kolonialny charakter projektu – ludzie z regionów dotkniętych wydobyciem nigdy sami na nim nie korzystają. „Czy ludzie w Afryce mają coś z kopalń diamentów i metali szlachetnych? Naszym prawdziwym bogactwem jest samowystarczalność żywnościowa – a z wydobyciem byśmy ją stracili. To wcale nie jest biedny region, nie ma tu rzesz bezrobotnych czekających na pracę w kopalni” – uważa weteran.
Walka z górniczą korporacją jest dla niego dosłownie kolejną wojną: „To moja czwarta wojna. A takich jak ja są tysiące – mamy wieloletnie doświadczenie wojskowe, doskonale wiemy, jak walczyć, i jesteśmy gotowi bronić tego miejsca za wszelką cenę. Uczymy tego także nasze dzieci. W ciągu dwóch dni jesteśmy w stanie zgromadzić tu pół miliona ludzi.” Podobnie jak wszyscy nasi rozmówcy podkreśla jedność ruchu protestu – zarówno przeciw działaniom Rio Tinto, jak i przeciw rządowi. „Jesteśmy różni, ale jedno nas łączy: gdy ktoś nas uciska, potrafimy się zjednoczyć i wydobyć z siebie to, co najlepsze. Jak w 1999 roku, gdy nas bombardowali i chyba po raz pierwszy w historii wszyscy się zjednoczyliśmy. Ale to zagrożenie jest większe niż samoloty i bomby.”
Nie chcemy wyjeżdżać z własnego kraju
Na następny dzień w Belgradzie zaplanowano kolejną ogólnokrajową demonstrację przeciw rządowi Vučicia. Wyruszamy z Loznicy pierwszym porannym autobusem – stosujemy się do ostrzeżeń miejscowych, że w dzień wielkiego protestu władze będą na wszelkie sposoby utrudniać dojazd do stolicy. Podczas poprzednich demonstracji niektóre pociągi w ogóle nie dojechały do Belgradu. Protestujący są jednak przygotowani – w internecie krążą formularze do wspólnych dojazdów samochodami.
W stolicy kierujemy się najpierw do Nowego Belgradu, rozległej dzielnicy pełnej jugosłowiańskiego brutalizmu. Czeka nas spotkanie z Janą i Dunją z Wydziału Sztuk Dramatycznych Uniwersytetu w Belgradzie – jednego z najaktywniejszych centrów oporu – oraz z Wasilijem, studentem inżynierii środowiska na Wydziale Technologiczno-Metalurgicznym. Razem kręcą dokument o ruchu Ne damo Jadar. Ma on być także odpowiedzią na propagandowy film, który w lutym pokazano w Parlamencie Europejskim, przedstawiający protestujących jako niewykształconych, zacofanych „degeneratów”, którzy to blokują rozwój europejskiego przemysłu. Wygląda jednak na to, że film – wsparty intensywną kampanią greenwashingu – spodobał się europejskim decydentom.
Na obu wydziałach od tragedii w Nowym Sadzie trwa blokada: zajęcia się nie odbywają, większość studentów i wykładowców zajmuje się organizowaniem protestów, niektórzy nocują na uczelniach, a dalsze działania ustalane są na zgromadzeniach ogólnych. Jednak sprzeciw wobec rządu Vučicia zaczął się już pod koniec minionej dekady. „Od tego czasu byłem niemal na każdym antyrządowym proteście” – mówi nam w ogródku kawiarni Wasilije. „Rząd podpisuje umowy skrajnie niekorzystne dla naszego kraju. Zaprasza firmy wydobywcze, które niszczą nasze środowisko i zdrowie. A jak widzieliśmy w Nowym Sadzie – na koncie są już także ofiary śmiertelne.”
Dunja opowiada o incydencie z listopada przed ich wydziałem. Studenci i wykładowcy zablokowali ruch, by uczcić ofiary katastrofy minutą ciszy. Wtedy z samochodów wysiadła zorganizowana grupa nieznanych osób i zaczęła ich atakować – najpierw słownie, potem fizycznie. Okazało się, że wśród napastników byli także członkowie rządzącej SNS. „Pamiętam ten dzień bardzo dobrze – zaatakowano też dwoje naszych przyjaciół” – mówi Dunja. „To było coś, co dotknęło mnie osobiście. Gdy dzieje się to tak blisko, człowieka to wstrząsa. Wtedy wspólnie zdecydowaliśmy, że nie da się już dalej żyć jak dotąd. I tak zaczęła się nasza pierwsza blokada.”
„Rząd zrobi wszystko, by utrzymać się przy władzy” – dodaje Jana. „Mogliby rządzić, nawet gdyby w kraju już nikogo nie było. A ja kocham ten kraj, chcę tu żyć, a nie być zmuszana do wyjazdu. Początek protestów był dla mnie nadzieją. A jeśli chodzi o nasz film o Rio Tinto, który kręcimy z ludźmi z innych wydziałów – oczywiście nie ma gwarancji, że coś zmieni, ale to jest po prostu to, co mogę zrobić, wykorzystując swoje umiejętności.”
Gdy dzielimy się wrażeniami z Loznicy i Nedeljic, Dunja zauważa, że z nielicznymi zwolennikami wydobycia ludzie praktycznie nie rozmawiają: „To naprawdę wygląda jak wojna – ludzie oddali temu całe swoje życie.” „Ale przede wszystkim to propaganda ich poróżniła” – odpowiada Wasilije. „Rio Tinto wodziło ich za nos – mają do tego zresztą zawodowych psychologów. Natomiast gdy przyjechała naukowczyni Dragana Đorđević i zaczęła im zadawać pytania jak zwykła mieszkanka wsi, kompletnie ich rozbroiła – nagle zaczęli zasłaniać się tajemnicą handlową. Drugi raz już nie pozwolili jej wejść na spotkanie.”
UE w roli hipokryty
Pytamy, jak na sytuację wpłynęła czerwcowa decyzja Komisji Europejskiej o wpisaniu Jadar na listę strategicznych projektów poza UE. „Unia Europejska nie jest tu szczególnie popularna” – mówi Dunja – „a po tej decyzji tym bardziej. Gdy dotarła ta wiadomość, byliśmy akurat w Nedeljicach. Ale to nie przestraszyło mieszkańców – są wytrwali.” Według Wasilija poparcie dla UE gwałtownie spadło: „Mamy powody do złości. Jako środowisko akademickie wysłaliśmy wiosną list do Komisji Europejskiej – wymieniliśmy powody, dla których sprzeciwiamy się projektowi i dlaczego nie powinien trafić na listę. Odpowiedź? Wyprostowany środkowy palec.”
Niechęć do Unii Europejskiej wyrażał też weteran wojenny, który odwoził nas ze „sztabu” do Loznicy: „UE to dla mnie żart. Jesteśmy im kompletnie obojętni.” I jest w tym sporo racji – nikt z wysokich rangą unijnych polityków nie poparł protestów studenckich, choć są one wyraźnie prodemokratyczne. Przeciwnie: podczas zeszłorocznej wizyty w Serbii Ursula von der Leyen chwaliła Vučicia za reformy. Filozof Slavoj Žižek nazwał więc Unię Europejską w niedawnym komentarzu „największym hipokrytą w całej tej historii” – twierdzi, że obawia się nacisku na Vučicia, by ten nie zwrócił się ku Rosji.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że to na tym polega ta brudna gra: Unia przymyka oko na działania serbskiego rządu, bo chce dostać się do litu.
Według Niny Djukanović „obserwujemy erozję pierwotnych demokratycznych wartości UE tylko po to, by Europa rzekomo dogoniła USA lub Chiny – nie zauważając, że w ten sposób traci pozycję moralnego aktora na arenie międzynarodowej. A podczas gdy początkowo twierdzono, że lit jest nam potrzebny dla zielonej transformacji, dziś doszedł jeszcze wymiar militaryzacji i sekurytyzacji. Nie dotyczy to zresztą wyłącznie Serbii – na liście projektów strategicznych znajduje się również wydobycie litu w Cínovcu”. W serbskich realiach prawnych tego rodzaju projekty realizuje się jednak znacznie łatwiej.
„Nasz rząd nie potrafi nawet zbudować zadaszenia na dworcu, żeby nie zawaliło się ludziom na głowy. A my mamy im wierzyć, że poradzą sobie z tak ryzykownym projektem?” – kontynuuje Wasilije. Jego zdaniem Rio Tinto nie jest w stanie bez problemów przeprowadzić nawet odwiertów rozpoznawczych. „Do tego to firma z fatalną historią – podczas hiszpańskiej wojny domowej kolaborowała z faszystami, a kilka lat temu w Australii wysadziła święte miejsca Aborygenów. Na Madagaskarze jest sądzona za zanieczyszczenia, gdzie indziej ciąży na niej zarzut korupcji. Obiecują, że wszystko będzie w porządku, ale gdzie się pojawią, tam zostawiają katastrofę” – mówi przyszły inżynier. „Lit można pozyskiwać w sposób znacznie bardziej przyjazny środowisku niż z litej rudy – na przykład z wód geotermalnych, jak ma to miejsce w Niemczech. Poza tym pojawiają się alternatywy, takie jak baterie sodowo-jonowe. Ale oni wciąż opowiadają swoje bajki.”
Pumpaj! Pumpaj!
Żegnamy się z Wasilijem, Janą i Dunją, by zdążyć do centrum na demonstrację. Już w drodze na autobus spotykamy grupki z flagami i wuwuzelami, które na wielkim moście nad Sawą zaczynają zlewać się w tłum. Autobus nie jedzie dalej, więc ruszamy pieszo. Mamy przynajmniej okazję zobaczyć kolejny symbol korupcji rządu Vučicia – monumentalny projekt deweloperski Belgrade Waterfront, dla którego przesunięto główny dworzec i uchwalano specjalne ustawy, by umożliwić inwestycję finansowaną przez podmiot ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Na ulicy Króla Milana jest już tak tłoczno, że możemy poruszać się tylko powoli. Z napisów na transparentach widać, że przyjechali ludzie z całej Serbii. Oglądamy hasła i karykatury – często przedstawiające Vučicia; na jednym z nich jest pokazany jako pokemon „Vuchichu”, kawałek dalej otyły młodzieniec trzyma tabliczkę z dobitnym napisem: „Treba im jebati mater”. Nie brakuje też haseł w rodzaju „Kosowo to Serbia”, a od czasu do czasu widać koszulki ruchu Ne damo Jadar. Atmosfera jest radosna – wyją wuwuzele i rozbrzmiewa wszechobecne hasło „pumpaj” („pompuj”) – bez ukrytego znaczenia, okrzyk powstał najprawdopodobniej przypadkiem i tak już zostało. Tym bardziej poruszający jest moment, gdy całe, liczące 140 tysięcy osób zgromadzenie milknie na szesnaście minut, by ponownie uczcić szesnaście ofiar tragedii w Nowym Sadzie.
Dopóki na scenie występują studenci, naukowcy i aktywiści – wśród nich także Zlatko Kokanović z Gornich Nedeljic – wszystko przebiega spokojnie. Studencki ruch protestu podkreśla pokojowy charakter swoich działań i – podobnie jak przeciwnicy wydobycia – ogranicza postulaty do kilku prostych punktów: rozpisania przedterminowych wyborów, przejrzystego śledztwa w sprawie tragedii w Nowym Sadzie, uwolnienia wszystkich zatrzymanych demonstrantów, wolności prasy oraz wstrzymania projektu Jadar. Bardziej szczegółowych treści politycznych studenci starają się unikać, obawiając się, że ruch mógłby się przez nie szybko rozpaść. Jednocześnie niektórych komentatorów belgradzkich protestów niepokoi silny akcent na kwestię Kosowa – padają pytania, czy ruch nie przesuwa się w stronę nacjonalizmu i prawicy.
Gdy zapada zmrok, dziwi nas, jak niewiele dotąd widzieliśmy policji. Część tłumu przesuwa się jednak w kierunku starego miasta, a na ulicach zaczynają pojawiać się oddziały prewencji. Przed północą kordon zamyka główną arterię prowadzącą do parlamentu i miasteczka namiotowego zwolenników rządu. Napięcie rośnie – przybywa młodych ludzi w kominiarkach, widzimy protestujących z zasłoniętymi twarzami, w respiratorach i maskach przeciwgazowych. Wszyscy spodziewają się, że policja ruszy do rozpędzania tłumu pałkami i gazem łzawiącym, jak podczas największej jak dotąd demonstracji w marcu. Przezornie chowamy się wraz z ekipą serbskiej telewizji w otwartej kawiarni i obserwujemy nieruchomy tłum przez szybę. W pewnym momencie, po serii wybuchów i wśród ogłuszającego huku, masa ludzi odwraca się i zaczyna uciekać, wypierana przez oddziały prewencji.
Widzimy kilku rannych, a chwilę później ktoś wciąga do kawiarni starszą kobietę z krwawiącą raną głowy. Okazuje się, że obrażenia nie są poważne, a w powszechnym hałasie słyszymy tylko, jak kobieta powoli odpowiada reporterce: „Przyjechałam z Loznicy…”

Blokady trwają
W nocy nie jesteśmy już świadkami podobnie dramatycznych scen – jedynie serii słownych utarczek między policjantami a demonstrantami, którzy próbują namawiać funkcjonariuszy, by przeszli na ich stronę. Jak można się było spodziewać, Vučić nie ogłosił przedterminowych wyborów ani nie wstrzymał projektu Jadar. Zamiast tego oświadczył, że za protestami stoją „obce mocarstwa” – które konkretnie, nie sprecyzował.
Zatrzymano 77 osób, wśród nich Zlatka Kokanovicia i Nebojšę Petkovicia, którzy zostali zwolnieni nad ranem. Unia Europejska pozostała obojętna.
Energia protestów jednak nie wygasła – w kolejnych dniach przerodziła się w spontaniczne blokady skrzyżowań, wjazdów na autostrady i mostów, które trwają do dziś. Niektórym z nich zdążyliśmy jeszcze przyjrzeć się na własne oczy.
Czy demonstranci w Serbii mają realną szansę obalić władzę i wymóc uczciwe wybory? Trudno powiedzieć. Możliwe też, że w nierównej rywalizacji politycznej ludzie znów wybiorą Vučicia. Większe szanse mogą mieć natomiast działacze ruchu Ne damo Jadar w walce o ocalenie swojego regionu przed wydobyciem. Są świetnie zorganizowani, wytrwali i dziś już rozpoznawalni także międzynarodowo.
Ściśle współpracują z przeciwnikami wydobycia litu w Chile, Bośni, Portugalii, Niemczech i Hiszpanii.
Jak powiedzieli nam Wasilije, Jana i Dunja: „Ci ludzie powiedzieli: tylko po naszym trupie. I zgodnie z tym działają.”
Tekst powstał przy wsparciu Fundacji Róży Luksemburg.
Tłum. z czeskiego (przy współpracy z autorami) Krzysztof Katkowski
https://advojka.cz/a2-article/2025-16-17-jen-pres-nase-mrtvoly/
Alžběta Medková
Studiowała dziennikarstwo i etnologię na Uniwersytecie Karola w Pradze. Pracowała dla Czeskiego Radia i różnych wydawnictw, a także regularnie publikuje w internetowym dzienniku Alarm. Członkini redakcji dwutygodnika A2.
Michal Špína
Zastępca redaktora naczelnego dwutygodnika A2. Studiował filozofię i literaturę porównawczą na Wydziale Sztuk Uniwersytetu Karola, gdzie uzyskał stopień doktora. Odbył staże w Warszawie, Santiago de Compostela i Santiago de Chile. Tłumaczy z języka hiszpańskiego, okazjonalnie z innych języków.



![Z ulicy do konstytuanty. Jak przeprowadzić rewolucję obywatelską we Francji? [Rozmowa z Charlotte Girard]](https://www.gromady.pl/wp-content/uploads/2026/05/Troost-Girard-ilustracja-scaled.jpg)




