
O prawo do godnego porodu
Tekst: Zofia Sobczak
Ilustracja: Zuzanna Pietruszewska
Opowieści porodowe są różne. Niektóre zaczynają się nagle i akcja przebiega bardzo szybko – kojarzą się ze scenami, które znamy z filmów, kiedy kobieta nagle dostaje skurczów, w krótkim czasie trafia do szpitala i w ciągu kilku godzin rodzi dziecko. Inne są historiami wielu dni spędzonych na oddziale patologii ciąży: długich godzin przeleżanych w łóżku, doświadczenia bólu i oczekiwania na rozmaite badania. Czasami historie porodów zaczynają się od otrzymania informacji, że dziecko prawdopodobnie się dzisiaj urodzi – jest w nich mniej spontaniczności i radosnego oczekiwania, a więcej planowania i wywoływania, medykalizacji, presji i szpitalnego klimatu.
Jednego jestem pewna po wysłuchaniu dziesiątek historii porodów moich przyjaciółek, sióstr, koleżanek, babć i innych bliskich kobiet: nie ma dwóch takich samych historii porodowych, w każdej z nich występuje jakiś element napięcia i niepewności. Znam kobiety, które wspominają swój poród z radością i wzruszeniem. Znam też kobiety, które opowiadają o nim zniżonym głosem, które czują, że coś w nim zostało im odebrane. Poród jest na tyle newralgicznym, intensywnym i ważnym doświadczeniem, że matki za wszelką cenę chcą pamiętać go dobrze – nawet, jeśli w trakcie musiały się zmierzyć z trudnymi sytuacjami, doznały przekroczeń czy przemocy. Jeśli wprost określają swoje doświadczenie porodu jako złe, to możemy mieć pewność, że było naprawdę złe, a może nawet traumatyczne.
Większość kobiet, które decydują się dziś w Polsce na dzieci, rodzi jedno dziecko, niektóre – dwoje, nieliczne – troje i więcej. Powinniśmy pamiętać o tym podczas dyskusji o polskich porodówkach – większość kobiet trafia tam raz lub dwa razy w życiu i nie ma wielu szans, by „odczarować” te doświadczenia. Co więcej, to, co dzieje się podczas pierwszego porodu, ma potężny wpływ na to, czy kobieta w ogóle – i po jakim czasie – zdecyduje się na kolejne dzieci.
Dobry poród może być niezwykle budującym i wzmacniającym doświadczeniem. Poród obarczony przemocą, przekraczaniem granic intymnych, odmową prawa do samostanowienia lub traktowaniem przez personel medyczny bez należytej uwagi i szacunku, oznacza – poza złymi wspomnieniami lub traumą – także odebranie młodej matce cennego przeżycia. „Kobiety, które doświadczyły traumy porodowej, często mówią o tym, że zarówno profesjonaliści, jak i bliscy nie potrafią zrozumieć ich sytuacji, tego, jak dewastujące potrafi być jedno doświadczenie, tym bardziej, że trauma dotyczy porodu, który zwykle postrzegany jest jako wydarzenie radosne. Przecież pojawieniu się nowego człowieka zwykle towarzyszą gratulacje i świętowanie” – pisze Justyna Dąbrowska w książce „Przeprowadzę cię na drugi brzeg: Rozmowy o porodzie, traumie i ukojeniu”. Książka Dąbrowskiej wraz raportami Fundacji Rodzić po Ludzku istotnie przyczyniły się do nagłośnienia systemowych problemów na polskich porodówkach.
Co się dzieje na salach porodowych?
Fundacja Rodzić po Ludzku od lat dokumentuje systematyczną przemoc, która stała się niemal normą w polskich szpitalach. Jak czytamy w raporcie z 2018 roku, ponad połowa kobiet deklarowała, że doświadczyła przemocy lub przekroczeń na sali porodowej. Od tamtego czasu sytuacja nie uległa poprawie. W 2024 roku ta sama fundacja zaczęła publikować na swoich mediach społecznościowych fragmenty ankiet #GłosMatek, w których kobiety opisują swoje traumatyczne doświadczenia z polskich porodówek z ostatnich lat.
W raporcie z 2021 roku możemy przeczytać, że podczas porodu na 10% kobiet krzyczano, a 9% wyśmiewano. Wyśmiewano (!) – podczas jednego z najbardziej intymnych i trudnych doświadczeń w życiu. Prawie jedna czwarta kobiet deklarowała, że słyszała niestosowne komentarze ze strony personelu medycznego, prawie 17% rodzących podczas pobytu w szpitalu doświadczyło przemocy. W kraju, w którym macierzyństwo i związane z nim powinności wynoszone są do rangi świętości, ich podmiot – kobiety – traktuje się bez najbardziej elementarnego szacunku.
Kolejnym problemem rodzących kobiet jest mocno ograniczony dostęp do znieczulenia – pomimo tego, że polskie prawo gwarantuje kobietom możliwość łagodzenia bólu podczas porodu. Anestezja to nie tylko kwestia komfortu, ale fundamentalnego szacunku dla kobiecego doświadczenia i prawa do tego, by rodzić godnie. Raporty wskazują, że w Polsce tylko około 15-20% rodzących kobiet otrzymuje profesjonalne znieczulenie, podczas gdy w krajach skandynawskich czy zachodnioeuropejskich odsetek ten sięga 70-80%. W Wielkopolsce jeszcze niedawno znieczulenie podczas porodu było praktycznie niedostępne, a obecnie znieczula się tam zaledwie 8 proc. porodów siłami natury. Przyczyny niedostępności znieczulenia są złożone – od braku personelu anestezjologicznego, przez oszczędności systemu ochrony zdrowia, po głęboko zakorzenione w środowisku medycznym przekonanie, że ból jest naturalnym i koniecznym elementem macierzyństwa. Mamy tu jednak do czynienia z pewnym paradoksem. Trudno dostępna anestezja, choć może być potraktowana jako jeden z przejawów medykalizacji, pozostaje świadczeniem dobrowolnym – które pozwala kobietom w większym zakresie decydować o sobie samych podczas porodu. Równocześnie natomiast stopień medykalizacji w innych aspektach porodów jest bardzo wysoki i zwykle zupełnie niezależny od woli rodzących, ale narzucany przez personel szpitalny jako obligatoryjny.
Medykalizacja po polsku
Podstawowym instrumentem służącym objęciu całkowitej medycznej kontroli nad naturalnym procesem porodu stała się oksytocyna – hormon syntetyczny, który sztucznie wywołuje skurcze. Substancję podaje się kobietom w celu przyspieszenia przebiegu porodu, wbrew jego naturalnemu rytmowi. Jak czytamy w raporcie „Medykalizacja porodu w Polsce” Fundacji Rodzić po Ludzku: „Światowa Organizacja Zdrowia postuluje, że porodów ze stymulowaną akcją skurczową powinno być nie więcej niż 10%. Tymczasem według statystyk otrzymanych od [polskich – przyp. red.] szpitali ma to miejsce w 25% porodów – spośród nich w 87% podaje się oksytocynę”. Podawanie oksytocyny – całkowicie zmieniającej przebieg porodu na poziomie fizjologicznym – stało się rutynową procedurą, a powinno być traktowane jako interwencja medyczna stosowana wyłącznie w ostateczności i tylko w uzasadnionych przypadkach.
Konsekwencje przyjęcia oksytocyny są wielowymiarowe i głęboko ingerują w kobiece doświadczenie macierzyństwa. Zwiększone ryzyko powikłań poporodowych, bardziej bolesny poród czy większe prawdopodobieństwo wykonania cesarskiego cięcia – to tylko część jego możliwych następstw. Szczególnie wstrząsające są relacje kobiet, którym podano oksytocynę bez ich pełnej, świadomej zgody oraz bez rzetelnej informacji o potencjalnych konsekwencjach – a czasami nawet mimo jasnych deklaracji rodzącej, że nie chce tego typu „wspomagania”. Medyczna ingerencja często przekracza granice konieczności i etyki. Stosowanie oksytocyny można nazwać systemową przemocą wobec rodzących kobiet, podporządkowującą procedurom medycznym ich indywidualne, osobiste przeżycia.
Innym przejawem medykalizacji, a zarazem jednym z najbardziej traumatycznych aspektów polskich porodów jest nacinanie krocza – procedura, która od lat budzi ogromne kontrowersje, ponieważ stanowi poważną ingerencję w ciało rodzącej i niesie ze sobą wiele skutków ubocznych. Jak czytamy w artykule lekarki Kamili Gniady, spośród kobiet, które zostały poddane nacinaniu krocza, „52,5% (…) doświadczyło poczucia okaleczenia, 37,5% podało ingerencję w intymność jako jedną z konsekwencji zabiegu, 35% zgłosiło problemy w sferze seksualnej, a 10% określiło przebieg episiotomii jako traumę”. Pomimo tak poważnych następstw, praktyka ta jest stosowana niemal rutynowo, często bez indywidualnej oceny rzeczywistej potrzeby, bez faktycznej medycznej konieczności i bez pełnej świadomej zgody rodzących kobiet. Ponad 60% porodów w Polsce kończy się nacięciem krocza, podczas gdy w wielu krajach europejskich odsetek ten nie przekracza 20-30%. Lekarze często traktują nacięcie jako standard proceduralny, a nie ostateczność wynikającą z konkretnych wskazań medycznych.
Królestwo cesarskiego cięcia
Szczególnie niepokojące są statystyki dotyczące cesarskich cięć. O ile w niektórych przypadkach zabieg jest niezbędny, aby uratować życie matki i dziecka, o tyle w Polsce cesarskie cięcia stanowią niemal 50% wszystkich porodów – podczas gdy Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje, by było to maksymalnie 10-15%. Oznacza to, że co trzecia kobieta w Polsce rodzi poprzez zabieg chirurgiczny, często bez faktycznej medycznej konieczności.
Jakie są przyczyny tak wysokiego odsetka cesarskich cięć? Jak jasno wynika z badań i raportów, pierwszą z nich jest medykalizacja na wcześniejszych etapach porodu. W wielu przypadkach prowadzi ona do tego, że cesarskie cięcie – które nie byłoby potrzebne, gdyby poród toczył się swoim naturalnym rytmem – okazuje się konieczne. Często dzieje się tak np. przy podaniu oksytocyny, które może poskutkować wystąpieniem zaburzeń tętna płodu, a w następstwie – decyzją o cesarskim cięciu.
Z drugiej strony trzeba odnotować, że duża część cesarskich cięć wynika z woli samych rodzących, a ściśle rzecz biorąc – z ich obaw przed porodem naturalnym. W teorii nie mamy w Polsce cesarskiego cięcia na życzenie, jednak rządzą tutaj, jak i w wielu innych dziedzinach naszego życia, prawa rynkowe. Osobom, które stać na prywatną opiekę zdrowotną w trakcie ciąży, nie jest trudno znaleźć lekarza, który wypisze skierowanie na cesarskie cięcie z powodu różnych wskazań medycznych (nawet, jeśli są one wątłe lub całkiem wymyślone). Te zaś, których nie stać na wizytę w prywatnej klinice, nie mają żadnego wpływu na formę swojego porodu – są całkowicie zdane na wolę lekarza.
Mamy tu więc do czynienia z kolejnym paradoksem: gdy kobiecie zależy na cesarskim cięciu, ale nie jest uprzywilejowana ekonomicznie, nie może z niego skorzystać, a gdy nie chce cesarskiego cięcia – i tak ma na nie duże szanse, za sprawą intensywnej medykalizacji porodu. Aby mieć decyzyjność w kwestii formy własnego porodu, trzeba ją kupić; a na to nas stać lub nie.
Odpowiedzią na tę dyskryminację na tle ekonomicznym i nadmierną medykalizację muszą być rozwiązania systemowe. Po pierwsze, potrzebujemy cesarskiego cięcia na życzenie, poprzedzonego rzetelną informacją na temat konsekwencji i możliwych powikłań – zarówno dla matki, jak i dla dziecka – z uwzględnieniem badań świadczących o tym, że ten sposób porodu jest mniej rekomendowany z perspektywy zdrowia dziecka.
Po drugie – ponieważ obecny stopień medykalizacji wynika często ze starań personelu, by „zmieścić” określoną liczbę porodów w określonym czasie – potrzebujemy zwiększenia publicznego finansowania porodówek, aby dysponowały one odpowiednimi zasobami osobowymi i czasowymi. Gdyby w polskich szpitalach było więcej odpowiednio opłacanych i nieprzeciążonych pracą położnych, pielęgniarek i lekarzy, łatwiej byłoby uniknąć nadmiernej medykalizacji skutkującej nadmierną ilością cesarskich cięć. A tym samym – uniknąć wielu sytuacji, które są bolesne, trudne lub traumatyczne dla rodzących kobiet.
Czy można uratować rodzące?
Kwestia położnictwa i opieki okołoporodowej ledwo przebija się do publicznej debaty. Jednorazowo wypowiadało się o niej kilka polityczek z lewej strony sceny politycznej, m.in. Barbara Nowacka, Katarzyna Kotula czy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. W zespole parlamentarnym ds. opieki okołoporodowej zasiada natomiast obecnie dziewięciu posłów i jedna posłanka Konfederacji, co jasno wskazuje, że lewica niemal całkowicie odpuściła ten temat na poziomie politycznych postulatów i dążenia do rzeczywistych zmian. Także spośród środowisk niepartyjnych kwestii tej nie podnoszą wyraźnie ani te feministyczne, ani prawicowe (które mają za to wiele do powiedzenia o świętości życia i powinnościach matek). Z dostępnych danych i statystyk na temat położnictwa i opieki okołoporodowej w Polsce wyłania się tymczasem naprawdę dramatyczny obraz polskiego położnictwa.
Czy można zmienić ten stan rzeczy? Odpowiedź brzmi: tak, ale wymaga to systemowych zmian, edukacji, przełamania wieloletnich schematów myślowych w środowisku medycznym i społecznym. Ostatnio, pomimo wstępnych zapowiedzi, Ministerstwo Zdrowia odstąpiło od planów zamknięcia ogromnej ilości placówek ginekologiczno-położniczych w Polsce. To jednak tylko mały krok w dobrą stronę, a potrzebujemy znacznie więcej. Przepełnione porodówki z przemęczonym personelem nigdy nie będą służyły stworzeniu warunków, w których możliwy jest poród naturalny przebiegający w swoim własnym rytmie i czasie. Tym, co możemy zrobić, będąc szarymi obywatelkami, a nie decydentkami politycznymi, jest zbieranie historii i budowanie świadomości – zarówno wśród przyszłych rodziców, jak i personelu medycznego. A ponadto: przyłożenie starań, by położnictwo i opieka okołoporodowa zaczęły być traktowane przez ruch feministyczny jako jedne ze spraw priorytetowych w walce o prawa kobiet.
Zofia Sobczak
Historyczka sztuki na UKSW. Koordynatorka polityki przemysłowej, ekspertka w dziedzinie zdrowia publicznego i działań komunikacyjnych w Stowarzyszeniu Pacjent Europa. W przeszłości działała z Miasto Jest Nasze i Wolnym Miastem Warszawa, jest też założycielką Fundacji Bezpieczna Polska dla Wszystkich. Współprowadzi program „Wiadomości z końca świata”, związana również z Polską Siecią Ekonomii.
Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.
CZYTAJ WIĘCEJ


![Z ulicy do konstytuanty. Jak przeprowadzić rewolucję obywatelską we Francji? [Rozmowa z Charlotte Girard]](https://www.gromady.pl/wp-content/uploads/2026/05/Troost-Girard-ilustracja-scaled.jpg)




