WSPIERAJ
Menu

Majdan, wiosna ludów dotarła do Europy

Tekst:
Zbigniew Marcin Kowalewski

Poniższy tekst jest fragmentem książki „Ukraińskie rewolucje” (Książka i Prasa, 2023).


Arabska Wiosna nadeszła zimą 2010 r. w sąsiedztwie Europy – po drugiej stronie Morza Śródziemnego. Cztery lata później okazało się, że ta współczesna wiosna ludów wcale nie jest tylko arabska. Wtargnęła bowiem do Europy – na zewnętrzne obrzeża Unii Europejskiej, do Ukrainy. Wcześniej chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo proces kapitalistycznej integracji kontynentu przyczynia się do wybuchowej kumulacji napięć na jego niezbyt odległych i najbliższych, ale pozaeuropejskich, a tym bardziej, jak teraz się okazuje, na najbliższych, bo już europejskich peryferiach. Tym razem związek był bezpośredni, widoczny jak na dłoni: początkowo w Ukrainie poszło właśnie o sprawę akcesji do UE. To było pierwsze hasło, pod którym zaczęły gromadzić się tłumy, zrodził się masowy ruch społeczny i rozpętała się ogromna zawierucha. Wojna już wtedy wisiała w powietrzu. Nie domowa, tzn. nie taka, jak w Libii czy Syrii, choć w Rosji i na wszystkich podłączonych do niej sieciach propagandowych na świecie właśnie na taką wojnę w Ukrainie liczono i do niej podburzano – lecz międzynarodowa, niekoniecznie tylko w regionie.

Wiosna ludów zawsze zaskakuje – spada na dany kraj zupełnie niespodziewanie, po prostu jak grom z jasnego nieba. Po fakcie okazuje się jednak, że nie ma w tym nic dziwnego. Zaczyna być jasne, że spadła właśnie tam, gdzie spadła, nieprzypadkowo. Tak było również w tym przypadku. Ukraina to gigantyczna anomalia historyczna na mapie politycznej świata – odchylenie od pewnej bardzo ważnej, co najmniej w skali europejskiej, „wartości typowej”. Pod względem obszaru największy po Rosji kraj Europy, a pod względem liczby ludności jeden z najwięk szych, zaledwie od 1991 r. jest niepodległym państwem. Dzieje się to na kontynencie, na którym od dawna prawie wszystkie większe narody, w tym nawet bez porównania mniejsze niż ukraiński, posiadają swoje państwa narodowe. Anomalie historyczne mają to do siebie, że wokół nich gromadzą się, kłębią i splatają najrozmaitsze sprzeczności, które o wiele łatwiej niż gdzie indziej zamieniają się w beczki prochu.

Ciężar kilkusetletniego ucisku

Ukraina dźwiga niebywały ciężar kilkuset lat głównie polskiego[1] i rosyjskiego ucisku narodowego. W Ukrainie radzieckiej, po kilkuletniej intensywnej ukrainizacji, nawrót do polityki rusyfikacji nastąpił wraz zaprowadzeniem reżimu stalinowskiego, za którym krył się imperializm rosyjski. Wymordowano inteligencję i zamorzono głodem kilka milionów chłopów – zaplecze tożsamości narodowej. Po II wojnie światowej rusyfikacja objęła wszystkie – te raz zjednoczone – ziemie ukraińskie, choć w Zachodniej Ukrainie zbrojne podziemie nacjonalistyczne nie dawało za wygraną aż do połowy lat 50. Poza okresem rządów Petra Szełesta (1963-1972), od rusyfikacji nie odstąpiono niemal do upadku ZSRR. W 1990 r., niedługo przed ogłoszeniem przez Ukrainę niepodległości, wskazywałem na łamach wydawanego w Parlamencie Europejskim czasopisma Nouvelle Europe: „To, co sprawia, że proces ukraiński jest narażony na poważne zagrożenia, to fakt, że jako naród bezpaństwowy, poddany wielowiekowemu uciskowi, naród ukraiński jeszcze w pełni się nie ukształtował”[2]. Nie nastąpiło to do dziś. Dwie z górą dekady bytu państwowego to za krótko, aby zabliźniły się wielkie rany oraz udało się zasypać głębokie wyrwy i usunąć rozliczne miny, które ucisk ten pozostawił po sobie w społeczeństwie ukraińskim.

Wskazanie na tę sprzeczność absolutnie nie oznacza wyjścia naprzeciw tym, którzy z jednej strony korzystają z przywilejów przynależności do zamożnej i ekskluzywnej Twierdzy Europa i w swoich krajach wcale nie wzywają do jej opuszczenia, natomiast z drugiej strony usilnie odradzają Ukrainie akcesję do Unii lub zgoła piętnują ją za takie dążenie. To przejaw szowinizmu uprzywilejowanych. Dostęp do unijnego rynku pracy uratował miliony Polaków od nędzy i głodu, o czym dobrze wie wielu Ukraińców. W państwach należących do UE lewica ma obowiązek być solidarna z narodami wykluczonymi na Wschodzie i Południu, które też chcą do niej przystąpić. Zupełnie fałszywy jest argument, że w UE czekają je społecznie katastrofalne reformy neoliberalne, bo pozostając poza wspólnotą wcale ich nie unikają. W UE mają natomiast szansę stawić im opór razem z innymi.

Demokratyczny ruch masowy

Wcale nie znaczy to, że należy ignorować argumenty tych wszystkich – w Ukrainie również jest ich wielu – którzy słusznie boją się, że przystąpienie do strefy wolnego handlu z UE będzie miało dramatyczne skutki dla ich miejsc pracy i stopy życiowej. Podobnie w przypadku prawa na rodów do samookreślenia, chodzi po prostu o obronę demokratycznego prawa Ukrainy do akcesji do UE.

Nie mniej paradoksalna jest inna sprzeczność zrywu masowego w Ukrainie. Był to ruch w swojej istocie demokratyczny. Wystąpił przeciwko znanej z oszustw wyborczych, autorytarnej, przegniłej od korupcji, rozkradającej majątek narodowy władzy reprezentującej interesy potężnej oligarchii wschodnioukraińskiej. Osiągnął wielki rozmach i wykazał się wręcz niezwykłą determinacją w walce, gdy 16 stycznia posłuszny parlament Ukrainy uchwalił radykalne ograniczenia swobód demokratycznych. Cały czas zachowywał daleko idącą niezależność od głównych partii opozycyjnych, do których odnosił się nieufnie, a nawet uważał je za skompromitowane.

Majdan kijowski nigdy nie uznał osławionej, znanej wszystkim z ekranów telewizyjnych trójki liderów opozycji – Witalija Kłyczki, Arsenija Jaceniuka i Ołeha Tiahnyboka – za swoich przywódców. Oni sami się na nich kreowali i byli usilnie lansowani przez unijną elitę polityczną i media zagraniczne. Ruchu donikąd nie prowadzili i mogli zaprowadzić go tylko na manowce. Mamili obietnicami jakichś „tym razem już na pewno skutecznych posunięć” w rodzaju pewnego ograniczenia władzy prezydenckiej, po to, aby utrzymać ruch w bezruchu, a przy najmniej w cuglach i nie dopuścić do niczego, co mogło by zagrozić upadkiem Janukowycza. Bezskutecznie. Na Majdanie nie tylko nie mieli posłuchu, ale co więcej byli wielokrotnie wygwizdywani i dezawuowani. Dominowała tam samoorganizacja i niezłomna wola walki aż do zwycięstwa – do obalenia reżimu.

W stosunkowo niedalekiej przeszłości zmorą ruchu alterglobalistycznego i wielu masowych protestów w Europie stały się bojówki. Działały samozwańczo, poza wszelką kontrolą demokratyczną, ale na rachunek ruchów, przy których i dzięki którym powstały. Niezależnie od etykiet i szyldów, pod którymi one występują, ich praktyki bezwiednie reprodukują skrajnie prawicowe ideologie. Nic dziwnego, że bojówki takie same są bardzo podatne na prowokacje. Często wywołują policyjne represje wobec ruchów masowych lub dostarczają do nich cennych pretekstów. W obliczu bardzo brutalnej agresji policyjnej Majdan nie mógł obyć się bez sił samoobrony; rozpaczliwie ich potrzebował. Sam jednak był za słabo ukształtowany i skonsolidowany, aby wymóc na wszelkiej organizacji bojowej bezwzględne podporządkowanie jego suwerennej władzy społecznej i uniknąć bojówkarskiego fenomenu. Rezultat: wokół strategicznej barykady na ul. Hruszewskiego powstał plac broni, opanowany przez koalicję bojówek skrajnej prawicy, zwaną Sektorem Prawicowym.

Sporo jest związanych z nim spraw zagadkowych, w tym sprawa dowiedzionej podatności na prowokacje. Rzecz zdumiewająca: w krwawy czwartek 20 lutego komendant główny Sektora Prawicowego Dmytro Jarosz potajemnie konferował z samym Janukowyczem, co po jego upadku odkryli dziennikarze. O czym? Przyparty do muru Jarosz wyjaśnił: „Chodziło o ugodę – taką, jaką potem podpisano. Odmówiłem. Powiedziałem, że my nie byliśmy i nie będziemy marionetkami. I, Wiktorze Fedorowyczu, wycofajcie wojska, bo w całej Ukrainie zacznie się wojna partyzancka. Przy czym chodziło o to, że nie odstąpimy, że nie złożymy broni, będziemy stać do końca. (…) Widać było, że jest wyczerpany i zalękniony”[3]. Nic więcej o tym nie zwykłym spotkaniu nie wiadomo, a przecież była to bomba.

Paradoksalne przymierze

Bardzo ważna rola bojowa tego ugrupowania ultranacjonalistycznego w walkach z policją, podobnie jak obecność w gronie wspomnianej trójki Tiahnyboka, przywódcy pra wicowo-radykalnej Swobody, oraz jej działania prowadzone w charakterze marudera rewolucji rzuciły na Majdan brunatny cień. Rosyjska propaganda i jej tuby na całym świecie stanęły na głowie, aby cień ten wykorzystać do dyskredytacji Majdanu jako ruchu faszystowskiego czy neonazistowskiego[4]. Okazało się to tak skuteczne, że ponad 40 ukraińskich i zagranicznych historyków-specjalistów w zakresie nacjonalizmu w Ukrainie uznało za konieczne na to zareagować. Majdan, oświadczyli, to „wyzwoleńcza, a nie ekstremistyczna, masowa akcja nieposłuszeństwa obywatelskiego”. Świadomi „ryzyka, jakie dla Euromajdanu niesie ze sobą uczestnictwo skrajnej prawi cy”, wezwali media na całym świecie, aby nie sugerowały, że „jest on kierowany czy opanowany przez radykalnie etnocentryczne grupy fanatyków” i aby liczyły się z tym, że takie sugestie są wodą na młyn imperializmu rosyjskiego. Jest on „o wiele większym zagrożeniem dla sprawiedliwości społecznej, praw mniejszości i równości politycznej niż wszyscy etnocentryści ukraińscy razem wzięci”[5].

Faktem jest, że na Majdanie doszło do szokującego przymierza demokratycznego ruchu masowego ze skraj nie prawicowymi bojówkami. Na tym polegała druga wielka sprzeczność tej rewolucji. Przymierze to było śmiertelnie niebezpieczne. Lecz wielkim ruchom masowym historia nigdy nie szczędzi niebezpieczeństw. Uczą się one zasadniczo na gromadzonych mozolnie doświadczeniach – nawet wtedy, gdy są już klasowo skonfigurowane, a tym bardziej w przeciwnych przypadkach, takich jak ten ukraiński. Poruszają się na scenie politycznej po omacku, krystalizują swoją naturę społeczną i różnicują się politycznie w zawiłych procesach, podążając drogami, na których czyhają na nie matnie i potrzaski. Są na to skazane, co najmniej dopóki nie stworzą swoich organicznych sił politycznych, które byłyby zdolne zaoferować im spójne programy działania i strategie walki.

W łonie narodu, który, narażony na imperialistyczną opresję, presję lub agresję, nie może rozwiązać swojej kwestii narodowej, takie niezwykle paradoksalne kombinacje jak wspomniane przymierze są w gruncie rzeczy nieuniknione. Powody tego wyjaśnił Mykoła Chwylowy – komunista, pisarz i były przywódca Wolnej Akademii Literatury Proletariackiej, który w 1933 r. popełnił samobójstwo na znak protestu przeciwko straszliwej rozprawie Stalina z jego narodem, podobnie jak uczynił to niemal w tym samym czasie czołowy przywódca komunistów ukraińskich Mykoła Skrypnyk. Kilka lat wcześniej Chwylowy napisał takie oto znamienne słowa: „Gdy jakikolwiek naród (o czym już nieraz pisano) przejawia w ciągu stuleci wolę ukonstytuowania swojego organizmu jako jednostki państwowej, wszelkie próby zatrzymania w ten czy inny sposób tego naturalnego procesu z jednej strony hamują kształtowanie się sił klasowych, a z drugiej wprowadza ją element chaosu do światowego procesu ogólnohistorycznego. «Zacierać» niepodległość za pomocą jałowego pseudomarksizmu znaczy nie rozumieć, że Ukraina tak długo będzie polem działania kontrrewolucji, jak długo nie przejdzie przez ten naturalny etap, przez który Europa Zachodnia przeszła w czasach kształtowania się państw narodowych”[6].

Bardzo trudno przejść przez ten etap, gdy sąsiednie wielkie mocarstwo nie chce wypuścić swojej byłej posiadłości spod kontroli, grożąc wojną i aneksjami, oraz gdy nowy, wcale nie mniej antyludowy niż poprzedni rząd neoliberałów i prawicowo-radykalnych nacjonalistów tworzy dla siebie nowe zaplecze oligarchiczne i gotów jest poddać kraj łupieżczej globalizacji kapitalistycznej.

Fala współczesnej wiosny ludów zmiotła kolejny reżim w wyniku długotrwałej i okupionej wieloma ofiarami walki. Po raz pierwszy uczyniła to w Europie. To wielkie wydarzenie.

2014


Zbigniew Marcin Kowalewski

Studiował etnografię u prof. Kazimiery Zawistowicz-Adamskiej na Uniwersytecie Łódzkim i uczestniczył w seminarium prowadzonym przez prof. Tadeusza Łepkowskiego w Zakładzie Dziejów Ameryki Łacińskiej, Azji i Afryki w IH PAN. Jego pierwsza książka to Guerrilla latynoamerykańska (1978). W 1981 r. członek Prezydium Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność” Ziemi Łódzkiej. Autor książki Rendez-nous nos usines! Solidarność dans le combat pour l’autogestion ouvrière (Paryż 1985). Badacz ruchów i idei emancypacyjnych narodów uciskanych i kolonialnych oraz klas pracujących, a także stosunków między robotnikami a rządzącą biurokracją w bloku radzieckim. Najnowsze książki to Rap między Malcolmem X a subkulturą gangową. Naród Islamu w czarnej Ameryce (2020), Ukraińskie rewolucje (2022) (wydana też we Francji pt. Révolutions ukrainiennes) oraz To nie jest kraj dla wolnych ludzi. Sprawa polska w rewolucji haitańskiej (2024)


[1] Zob. Z.M. Kowalewski, „Między wojną o historię a wyprawami kijow skimi”, Le Monde diplomatique – edycja polska nr 1, 2014, s. 6-8.

[2] Z.M. Kowalewski, „L’Ukraine entre la Russie soviétique et l’Europe orientale”, Nouvelle Europe nr 3, 1990, s. 5.

[3] Р. Малко, „Дмитро Ярош: «Моя зустріч із Януковичем справді була»”, Український тиждень nr 9 (329), 2014, s. 12.

[4] Fundamentalny w sprawach ultranacjonalizmu w Ukrainie, również w kontekście Majdanu, był Anton Shekhovtsov’s blog, prowadzony do 2017 r. Zob. też A. Umland (red.), „Post-Soviet Ukrainian Right-Wing Extremism”, Russian Politics and Law t. 51 nr 5, 2013.

[5] A. Umland et al., „Kyiv’s Euromaidan is a Liberationist and not Extremist Mass Action of Civic Disobedience”, http://krytyka.com/ua/articles/ kyyivskyy-evromaydan-tse-vyzvolna-ne-ekstremistska-masova-aktsi ya-hromadyanskoyi-nepokory

[6] М. Хвильовий, Вибрані твори, Грамота, Kijów 2006, s. 454.


Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.


CZYTAJ WIĘCEJ