Tekst:
Krzysztof Katkowski
W Ameryce Łacińskiej być może nie zaczęła się „trzecia wojna światowa”, jak twierdzi część internetowego komentariatu, lecz mamy do czynienia z groźną eskalacją napięć międzynarodowych, która wprost podważa dotychczasowe mechanizmy stabilizacji i zwiększa ryzyko otwartego konfliktu.
Operacja USA doprowadziła do schwytania prezydenta Wenezueli, Nicolása Maduro, oraz — według zapowiedzi Białego Domu — do czasowego sprawowania władzy przez Stany Zjednoczone.
Demokraci zarzucają administracji ominięcie Kongresu, brak jasnej podstawy prawnej oraz brak planu stabilizacji kraju po zakończeniu operacji. Liderzy partyjni, w tym Chuck Schumer i Hakeem Jeffries, ostrzegają przed chaosem oraz kosztami porównywalnymi z wojnami w Iraku i Afganistanie. Część ustawodawców podkreśla również, że sekretarze stanu Marco Rubio oraz Pete Hegseth wcześniej zapewniali Kongres, iż zmiana reżimu nie jest celem działań USA.
Tak przedstawia się sytuacja z perspektywy politycznej. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego działania te są jednak w sposób oczywisty bezprawne. Wprawdzie interwencje podejmowane „w obronie porządku” miały miejsce w ciągu ostatniego stulecia, lecz rzadko bywały uznawane za legalne.
Pozostaje zatem pytanie: po której stronie tego konfliktu powinna opowiedzieć się lewica?
Jak sądzę — i co spróbuję wykazać — lewica powinna patrzeć na relacje międzynarodowe nie tylko z perspektywy procedur prawnych właściwych logice demokracji liberalnej (choć powinny one być bezwzględnie respektowane, na czele z zasadą praworządności, rozumianą tak, jak definiuje ją polska Konstytucja).
Po pierwsze, kluczowe jest spojrzenie na tę sytuację jako kolejny dowód postępującej militaryzacji nie tylko praktyki stosunków międzynarodowych, lecz także walki o „obronę wartości demokratycznych”. Sprzeciw wobec interwencji militarnej Stanów Zjednoczonych w Wenezueli nie wynika z aprobaty dla rządów Nicolása Maduro ani z relatywizowania naruszeń praw człowieka popełnianych przez jego reżim. Jest on raczej efektem analizy historycznych skutków podobnych działań podejmowanych przez USA oraz konsekwencji, jakie interwencje te przynosiły państwom, w których były realizowane.
Upadłe państwa, fikcyjne demokracje
Przykłady Haiti, Iraku i Afganistanu wskazują na powtarzalny schemat: interwencje uzasadniane hasłami wspierania demokratyzacji prowadziły do destabilizacji, osłabienia instytucji państwowych oraz długotrwałych kryzysów społecznych.
Haiti jest jedną z najczęstszych ofiar obcych interwencji. Stany Zjednoczone ingerowały tam militarnie i politycznie wielokrotnie od początku XX wieku, m.in. w latach 1915–1934, a następnie w latach 1994–1995 oraz po 2004 r. Interwencja z 1994 roku, przeprowadzona za zgodą Rady Bezpieczeństwa ONZ, miała na celu przywrócenie do władzy demokratycznie wybranego prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a. Operacja ta zakończyła się formalnym sukcesem politycznym, lecz nie doprowadziła do trwałej stabilizacji państwa. Haiti pozostało krajem o skrajnie słabych instytucjach, uzależnionym od zagranicznej obecności wojskowej oraz pomocy międzynarodowej. Kolejne lata przyniosły dalsze zamachy stanu, wzrost przemocy zorganizowanej oraz de facto rozpad struktur państwowych.
Jeszcze lepiej udokumentowane są skutki interwencji w Iraku. Inwazja z 2003 r., przeprowadzona przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, była uzasadniana istnieniem broni masowego rażenia oraz koniecznością obalenia dyktatury Saddama Husajna. Po zakończeniu działań zbrojnych nie znaleziono jednak dowodów na istnienie tej broni. W wyniku interwencji doszło do rozpadu aparatu państwowego, rozwiązania armii i administracji, a następnie do eskalacji przemocy etnicznej i religijnej. Według szacunków organizacji międzynarodowych liczba ofiar cywilnych sięgnęła setek tysięcy. Irak do dziś pozostaje państwem niestabilnym, o ograniczonej suwerenności i silnych wpływach zewnętrznych. Demokratyczne procedury wyborcze nie przełożyły się na funkcjonujące państwo prawa.
Afganistan stanowi przykład permanentnego pola interwencji zagranicznych. Bezpośrednią przyczyną pierwszej operacji wojskowej, przeprowadzonej przez siły ZSRR w 1979 r., była eskalacja wojny domowej po przejęciu władzy przez komunistyczną Ludowo-Demokratyczną Partię Afganistanu (LDPA), która rozpoczęła radykalne reformy społeczne i gospodarcze, sprzeczne z tradycyjną, islamską strukturą społeczeństwa afgańskiego.
Wprowadzone zmiany — obejmujące m.in. reformę rolną, laicyzację życia publicznego, równouprawnienie kobiet oraz programy alfabetyzacji — spotkały się z masowym oporem, szczególnie na obszarach wiejskich. Brutalne represje rządowe, w tym bombardowanie Heratu w 1979 roku, doprowadziły do otwartego powstania islamskich partyzantów, mudżahedinów, popieranych m.in. przez USA. W obliczu utraty kontroli nad krajem rząd w Kabulu wielokrotnie zwracał się o pomoc do Związku Radzieckiego.
Interwencja rozpoczęła się od operacji „Sztorm-333”, w trakcie której radzieckie siły specjalne zabiły prezydenta Hafizullaha Amina i osadziły u władzy lojalnego wobec Moskwy Babraka Karmala. Planowana jako szybka stabilizacja sytuacji, operacja ta przerodziła się w długotrwałą wojnę partyzancką z udziałem setek tysięcy żołnierzy. Armia Radziecka kontrolowała w szczytowym momencie nie więcej niż około 20 proc. terytorium kraju, głównie miasta oraz główne szlaki komunikacyjne.
Po atakach z 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami rozpoczęły kolejną interwencję wojskową, której celem było obalenie rządów talibów oraz zbudowanie demokratycznych instytucji państwowych. Przez dwadzieścia lat utrzymywano tam obecność militarną, finansowano administrację i szkolono siły bezpieczeństwa. Mimo to w 2021 r. po wycofaniu wojsk zagranicznych, wspierany przez Zachód rząd upadł w ciągu kilkunastu dni. Instytucje państwowe okazały się całkowicie zależne od zagranicznego wsparcia i niezdolne do samodzielnego funkcjonowania.
Z perspektywy lewicy sprzeciw wobec interwencji Stanów Zjednoczonych w Wenezueli wynika z konsekwentnej obrony suwerenności państw, prawa narodów do samostanowienia oraz przekonania, że zmiany polityczne powinny wynikać z procesów wewnętrznych, a nie z działań militarnych zewnętrznych mocarstw.
To pierwszy element tej argumentacji. Po drugie — i być może najważniejsze — chodzi o ochronę ludności cywilnej. Amerykanie nie tylko uprowadzili prezydenta-dyktatora Wenezueli, lecz także zbombardowali stolicę kraju, Caracas. Oznacza to gotowość do użycia siły z pełną świadomością jej konsekwencji dla mieszkańców.
Antypracownicza dyktatura
Prawdziwa walka z autorytaryzmem Maduro rozgrywa się w wewnątrz kraju i jest silnie związana ze sporem o demokrację pracowniczą. Jak wskazywał w swoich analizach badacz społeczny związany z wenezuelską lewicą opozycyjną, Luís Bonilla-Molina, Maduro w praktyce zakończył „socjalny” zwrot polityki z czasów Hugo Cháveza i stworzył w kraju własną, burżuazyjną oligarchię. Zdaniem Bonilli-Moliny Maduro nie jest ani socjalistą, ani rzeczywistym antyimperialistą, lecz reprezentantem nowej frakcji burżuazji, ściśle powiązanej z aparatem wojskowo-policyjnym oraz sektorem naftowym. Świadczą o tym m.in. zgoda na eksploatację ropy przez Chevron i inne koncerny na warunkach quasi-neokolonialnych, zaniechanie jakichkolwiek działań wymierzonych w globalny system finansowy, a także subsydiowanie sektora bankowego i prywatnego kosztem wydatków społecznych.
Od 2018 roku — szczególnie po wydaniu dekretu nr 2792 — władze de facto zdelegalizowały strajki i protesty pracownicze, zablokowały rejestrację niezależnych związków zawodowych, uwięziły dziesiątki działaczy związkowych (m.in. w przedsiębiorstwach Sidor i PDVSA) oraz zastąpiły dawny system płac systemem uznaniowych bonusów (przy czym płaca minimalna spadła do poziomu około 4 dolarów amerykańskich).
Nasilenie represji potwierdzają również analizy instytucji związkowych.. W 2025 roku Wenezuela po raz drugi z rzędu została sklasyfikowana przez Międzynarodową Konfederację Związków Zawodowych na najniższym, piątym poziomie Indeksu Globalnych Praw, oznaczającym kraje, w których prawa pracownicze „nie są gwarantowane”. Raport wskazuje na istnienie trwałego wzorca represji wobec związków zawodowych, obejmującego arbitralne zatrzymania, postępowania pozbawione gwarancji procesowych, fałszywe zarzuty karne oraz ingerencję państwa w struktury związkowe.
Z kolei raport organizacji PROVEA za 2024 rok wskazuje, że 98 procent układów zbiorowych w sektorze publicznym jest przeterminowanych, a wynagrodzenia większości pracowników nie wystarczają na pokrycie podstawowych potrzeb. Instytucje odpowiedzialne za ochronę praw pracy są w dużej mierze sparaliżowane lub podporządkowane władzy wykonawczej, co uniemożliwia skuteczną kontrolę oraz prowadzenie realnych negocjacji zbiorowych. W samym 2024 roku — jak podkreśla raport — nasiliła się kryminalizacja aktywności związkowej i politycznej. Odnotowano zatrzymania i represje wobec liderów pracowniczych, m.in. w sektorze edukacji, a także masowe aresztowania w okresie powyborczym, obejmujące ponad 2400 osób. Jednocześnie liczba protestów pracowniczych spadła o 74 procent, co — według PROVEA — nie wynika z poprawy warunków pracy, lecz z efektu zastraszenia.
Raport podkreśla również, że Wenezuela systematycznie narusza art. 95 własnej konstytucji oraz konwencje nr 87 i 98 Międzynarodowej Organizacji Pracy. W latach 2000–2024 kraj był 42 razy skarżony do Komitetu Wolności Związkowej MOP i pozostaje objęty Komisją Dochodzeniową — jednym z najpoważniejszych mechanizmów nadzorczych tej organizacji. Wniosek płynący z raportów Indeksu Globalnych Praw 2025 oraz PROVEA 2024 jest jednoznaczny: egzekwowanie praw pracowniczych i działalność związkowa w Wenezueli wiążą się z realnym ryzykiem represji, a naruszenia te mają charakter systemowy i długotrwały, a nie incydentalny.
Nie oznacza to jednak, że słuszne jest popieranie inwazji – nie chodzi tam, jak chyba wszyscy wiemy, o demokrację, ale o ropę i coraz większe wpływy Chin w Wenezueli. Na interwencji zaś ucierpią przede wszystkim zwykli ludzie. Niezależnie od tego czy władzę w kraju realnie będzie sprawować Trump czy wyznaczona przez niego postać z prawicowej opozycji wenezuelskiej, nikt nie planuje odwrócić antypracowniczych reform Maduro.
Krzysztof Katkowski
Socjolog, tłumacz literacki, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es. Członek zwyczajny Associació Catalana de Sociologia.







