WSPIERAJ
Menu

Inny dom. Ludzie, system i granice wsparcia w polskich DPS [fragment]

Tekst:
Jędrzej Dudkiewicz

Poniższy tekst jest fragmentem książki Jędrzeja Dudkiewicza „Inny dom. Ludzie, system i granice wsparcia w polskich DPS” (Wydawnictwo Znak, 2025).

„Ja jestem u siebie w domu, ty jesteś tu gościem”

– Mam swoje lata, mogłabym już przejść na wcześniejszą emeryturę, ale wciąż coś mnie trzyma w DPS. Z koleżankami śmiejemy się, że to jak wirus. Jak się człowiek za razi, to trudno się wyleczyć – zaczyna Dorota, pielęgniarka, która w jednym z DPS w zachodniej części województwa małopolskiego pracuje 34 lata.

to placówka, w której mieszka ponad 100 osób z różnymi diagnozami, głównie schizofrenii, ale też innych chorób psychicznych.

– Do pracy szłam świeżo po szkole, nie wiedziałam wtedy do końca, czym jest choroba psychiczna. W latach 90. bezrobocie było takie, że miałam do wyboru być pielęgniarką albo w więziennictwie, albo w DPS. Wybrałam ten drugi, chociaż w przeciwnym razie pewnie bym „wygrała”, bo obecnie cieszyłabym się już emeryturą[1]. trzeba było szybko się szkolić, jak zachęcać mieszkańców do wielu czynności, jak z nimi funkcjonować. DPS częściowo pomagał, ale specjalizację zrobiłam nakładem własnych czasu i pieniędzy, inne pielęgniarki też szkolą się samodzielnie[2] – podkreśla Dorota.

tym, co na pewno zmieniło się na przestrzeni lat, jest wyraźnie większa liczba osób uzależnionych w DPS.

– W polskim systemie nie ma za bardzo różnicy między DPS a ośrodkami dla uzależnionych – te drugie są przeznaczone głównie dla młodszych ludzi, do tego pobyt w nich nie może być bardzo długi. W związku z tym system zwykle kieruje uzależnionych do DPS, u nas mniej więcej 30–40% mieszkańców ma ten problem. A nie mamy terapeuty uzależnień. Jesteśmy traktowani jako ostatnia instancja, do której spycha się najtrudniejsze przypadki. MOPS często, zamiast spróbować pomóc, wystawia skierowanie do DPS i uznaje, że problem załatwiony. Są też u nas osoby umieszczone decyzją sądu. I proszę sobie wyobrazić, że po jakimś czasie to my musimy wystawiać zaświadczenia o zasadności pobytu człowieka w DPS. Organ, który go do nas wysłał, wymaga uzasadnienia własnego postanowienia. Nie dość, że to absurdalne, to jeszcze generuje dodatkową biurokrację – uważa Dorota.

Powoduje to, że jej praca jest jeszcze bardziej wymagająca. Zwłaszcza że (jak w niemal wszystkich DPS) personelu jest za mało. A jako pielęgniarka Dorota ma dodatkowe obowiązki.

– Oczywiście kadry jest tyle, ile ustawowo trzeba, wskaźnik zrealizowany, na papierze wszystko się zgadza. Do bezpośredniej pracy z mieszkańcem jest nas jednak zdecydowanie za mało. Nieraz trzeba 15–20 minut, żeby namówić jedną osobę do zejścia na śniadanie lub umycia się. Niekiedy zwyczajnie nie mają potrzeby tego robić, ale jest to konieczne. Na ponad 100 osób mamy 28 całkowicie niesamodzielnych. Trzeba więc wszystko przy nich zrobić. A resztę dopilnować lub wesprzeć w podstawowych czynnościach. Jako pielęgniarka mam dużą odpowiedzialność, tym bardziej że nie ma u nas na stałe lekarza, który mógłby mi pomóc. W związku z tym podejmowanie różnych decyzji spada na mnie i moje koleżanki. Przygotowujemy leki, wydajemy je, obserwujemy mieszkańców i ich zachowanie. Jeżeli coś się dzieje, sprawdzamy, czy nie trzeba zmienić leków. Wtedy może przyjechać lekarz i wspólnie ustalamy, co robić. Do tego dochodzą zastrzyki insulinowe, bo mamy cukrzyków, podstawowe zabiegi, mierzenie ciśnienia, zakładanie specjalistycznych opatrunków. I masa biurokracji, każdy zabieg musi być udokumentowany, historia choroby opisana, tak samo leki, zmiany, wizyty w szpitalu. trzeba też robić raporty dzienne, by kolejna zmiana wiedziała, co się dzieje, na co zwrócić uwagę. Teoretycznie dyżury trwają 12 godzin, ale w praktyce nie zawsze jest to praca od do – opowiada Dorota.

Wielu rzeczy nie udaje jej się zrobić, bo ma ograniczone możliwości, przede wszystkim czasowe.

– Gdybym miała magiczną różdżkę, automatycznie zwiększyłabym liczebność kadry, bo wtedy mogłoby być więcej indywidualnej pracy z mieszkańcem. Chciałabym móc niektórym poświęcać więcej czasu. Jeżeli jednak muszę zająć się osobami leżącymi, to nie trwa to pięciu minut, tylko znacznie dłużej i odbywa się to kosztem reszty mieszkańców. Przygotowanie leków, załatwienie czegoś, zadzwonienie, przyjęcie karetki – to wszystko zajmuje czas. Jest nas zwyczajnie za mało. Kiedyś tak nie było, pamiętam, że brałam jedną opiekunkę, grupę siedmiu osób i szliśmy na pół dnia w góry. Mieszkańcy przychodzili do mnie do ogrodu, na kawę, albo jeść owoce prosto z drzew, była na to przestrzeń. Ale wtedy były cztery pielęgniarki na jednym dyżurze, a teraz jak są dwie, to jest dobrze – wspomina Dorota. – to, że ktoś się czasem pobije, to nie zawsze jest wina pielęgniarek czy opiekunów. To problem systemowy, bo jak na 40 osób na oddziale jest nas troje, to zwyczajnie nie da się wszystkich upilnować. Mam wrażenie, że jako pracownica DPS muszę się niekiedy bronić przed opinią ludzi, bo automatycznie uznaje się, że wszystko, co złe, to moja, nasza wina. Ba, przecież na pewno znęcam się, biję, wyrządzam krzywdę. Jeżeli mam mieszkankę z poważną chorobą psychiczną, która nie ma potrzeby się kąpać, a ja ją do tej kąpieli biorę, to czasem słychać na cały budynek krzyki „ratunku, policja, gwałcą”. Jeżeli pan to nagra, to pojawi się pytanie: co tam się dzieje? A chcemy tylko ogarnąć podstawowe rzeczy. Nasz DPS jest w środku miasta, więc ludzie mieszkający w okolicy pewnie nie są zachwyceni tym towarzystwem. Mieszkańcy czasem zachowują się głośno, krzyczą, śpiewają, biegają po ogrodzie. Nikt jednak nie zainteresuje się, o co dokładnie chodzi, tylko automatycznie uznaje się, że DPS to siedlisko patologii. Jesteśmy społeczeństwem bardzo oceniającym, lubimy komentować wszystko, co inne i co nie mieści się w na szych normach – dodaje.

Nie twierdzi jednak, że w DPS nie zdarzają się złe rzeczy.

– Nie jesteśmy oczywiście idealni, cały czas się uczymy, rozwijamy. Mimo to na dzień dobry stwierdza się, że to wszystko przez nas. Kiedy pojawił się materiał medialny o zakonnicach, które znęcały się nad mieszkańcami DPS[3], ruszyła fala kontroli. Mieliśmy wrażenie, że przyszli wyłącznie po to, żeby coś znaleźć, choćby najmniejszego. A nigdy nie jest wszystko idealnie, bo to niemożliwe. Czuliśmy się pokrzywdzeni. Nas jest naprawdę za mało. Do tego na powierzchni 600 m2 umieszcza się ponad 100 osób z różnymi chorobami psychicznymi. Chylę czoła przed mieszkańcami, że zwykle potrafią dobrze funkcjonować, sami ze sobą i w grupie. Nawet mimo leków, choroba jest cały czas obecna w życiu człowieka. W pracy mam przepisy, których muszę się trzymać, ale jestem też człowiekiem, jak ktoś czegoś potrzebuje, to postaram się mu pomóc. Kluczem do mojej pracy – co zrozumiałam dzięki bardzo fajnemu, już nieżyjącemu niestety, mieszkańcowi – jest pamiętanie, że to ja jestem gościem w DPS. Chciałam go kiedyś „przywołać do porządku”, by ogarnął swój pokój, a on na mnie popatrzył i powiedział: „słuchaj, ja tu jestem u siebie w domu, to ty do mnie przyszłaś”. Dużo mi to dało, zaczęłam inaczej patrzeć na mieszkańców. Gdyby kadra była liczniejsza, wielu sytuacjom pewnie dałoby się zapobiec. Przede wszystkim jednak mogłabym robić coś, co zwiększa jakość życia danej osoby, np. zabrać starszą panią na ciastko do kawiarni. W przeszłości się to udawało, wtedy mieszkanka zwykle wracała do DPS zapłakana ze szczęścia, bo dawno nie miała okazji czegoś takiego doświadczyć. Teraz nie da się tego zrobić, bo przecież trzeba taką osobę przygotować, pójść, spędzić czas, wrócić, więc wypadałoby się z grafiku na kilka godzin – tłumaczy.

Nigdy też nie wie do końca, czego może się spodziewać w pracy.

– to swoisty rollercoaster. Nie jestem w stanie przewidzieć, co który mieszkaniec zrobi. A odpowiedzialność za to spoczywa na mnie. Jak pan coś napisze, to wie, co jest w tekście, nie ma strachu. W moim zawodzie są czynniki całkowicie niezależne ode mnie. Często bywa tak, że na noc zostaję sama z trzema opiekunami. A przecież są DPS, w których w ogóle nie ma wtedy pielęgniarek. Zdarzają się niebezpieczne sytuacje, agresja między mieszkańcami lub wobec personelu. Przede mną stoi chłop mający 2 m i ważący 120 kg, a ja mam mu powiedzieć, że musi się wykąpać lub wstać. Jest ciągłe napięcie, bo nie wiadomo, jak ktoś zareaguje. Mieszkańcy mają różne diagnozy, trudno stwierdzić, co przeleje czarę. Miewają urojenia. W każdym DPS zdarzają się próby samobójcze. W razie potrzeby mam prawo zabezpieczyć mieszkańca w pasy na cztery godziny, po zgodzie lekarza ewentualnie przedłużyć na kolejne cztery. Bardzo rzadko jednak się to stosuje, tylko wtedy, gdy ktoś stanowi zagrożenie dla siebie lub innych. Niektórzy jednak szybko wybuchają, ale równie szybko się wentylują i uspokajają. Chyba nauczyłam się sobie z tym radzić. Wiem, dokąd idę pracować, siedzi to z tyłu głowy i kątem oka zawsze obserwuję wszystko. To wymagające, ale nie znaczy, że żyję w ciągłym stresie. Najgorsza jest śmierć mieszkańca, bo po parunastu latach to nie jest zwykły człowiek, tylko członek rodziny. Bardzo się to przeżywa. Mamy psychologa, z którym można porozmawiać w takich sytuacjach – tłumaczy Dorota.

Jak mówi, ogółem jednak mieszkańcy funkcjonują nieźle, bo ze schizofrenią, odpowiednio leczoną, da się żyć.

– Mogą więc wychodzić z DPS od 8:00 do 19:00, muszą tylko stawiać się po leki i na posiłki. Poza tym normalnie chodzą po mieście. Mogą też jechać z rodziną na kilkudniowy wypad. Nie wszyscy jednak są zabierani lub odwiedzani przez rodzinę. Rozumiem, że ktoś oddaje bliską osobę do DPS, bo opieka nad kimś 24 godziny na dobę jest ciężka, zwłaszcza kiedy ma się pracę, resztę rodziny, obowiązki. Jednocześnie zawsze jest mi przykro z powodu osób, które nigdy nie są odwiedzane i czują się bardzo samotne. Mają jednak co robić, bo na terenie DPS też są przygotowywane dla nich różne rzeczy. Od 8:00 do 15:00 jest terapia zajęciowa – malowanie, sklejanie, robienie na drutach, mamy zespół teatralny, niektórzy śpiewają. Utrzymujemy kontakty z innymi DPS, w naszym mieście są łącznie cztery, więc organizujemy wspólne imprezy, festyny, zawody sportowe. Jest dyskusja z radą mieszkańców, na spotkaniach przedstawiamy plan na kolejny miesiąc, jakie mamy pomysły: wycieczki, kino, ogniska… Jeżeli mieszkańcy chcą czegoś innego, mogą to zgłosić i będziemy próbowali to zrealizować. DPS to kapsuła życia społecznego, tym bardziej że jest u nas spory rozstrzał wiekowy, najmłodsza osoba ma około 30 lat, najstarsza 98. Nie wszyscy za sobą przepadają, ale nie ma w tym niczego dziwnego. Pan wszystkich w swoim otoczeniu lubi tak samo? Zdarzają się też przyjaźnie, bywały relacje seksualne, bo nasz Dom jest koedukacyjny. Każdy ma prawo do zaspokojenia swoich potrzeb. Myślę, że najbardziej frustruje ich rutyna: czyli leki i jedzenie o określonych porach. To, co mówię o kapsule życia codziennego, dotyczy też kadry, jest kilka mniej fajnych osób, ale ogółem bardzo dobrze mi się pracuje z innymi. Opiekujemy się zresztą tyloma ludźmi, że musimy ze sobą współdziałać. Tak samo z dyrekcją, która bierze odpowiedzialność za to, co dzieje się w całej placówce. Próbuje znaleźć dodatkowe środki na remonty czy sprzęty, wszystko jednak bardzo dużo kosztuje. O pieniądze jest trudno, tym bardziej że finansowanie DPS spadło na gminy, a lepiej byłoby, gdyby włączył się w to też rząd poprzez urzędy wojewódzkie. Rozumiem więc, że kierownictwo nie jest w stanie załatwić wszystkiego. Doceniam jednak, że mogę przyjść z problemami, dyrektor przejmuje się i stara pomóc. Raz w miesiącu mamy też spotkania, na których ustalamy, co robić, jeżeli mieszkaniec sprawia kłopoty. Chodzi o to, żeby cała kadra potem robiła wszystko tak samo i egzekwowała ustalenia. Zanim to jednak nastąpi, są inne próby rozwiązania sytuacji typu indywidualne rozmowy z mieszkańcem, cotygodniowe zebrania, na których omawia się, czy coś się zmieniło – opowiada Dorota.

Do codziennych obowiązków dochodzą niekiedy te zupełnie nieprzewidziane.

– Jako DPS nie potrzebowaliśmy pomocy w pandemii, daliśmy radę. Z różnych względów był to jednak dramat, bo osoby z diagnozami chorób psychicznych potrzebują zwykle stabilizacji życia codziennego. W ciągu dwóch dni ich życie wywróciło się do góry nogami, trzeba było oddzielać chorych od zdrowych. Widziałam w ich oczach przerażenie, oglądali zresztą telewizję, więc wiedzieli, ile osób umiera, ile znajduje się pod respiratorami. Musieli być zamknięci na oddziałach, nie jadali wspólnie na stołówce. Nie mieliśmy zgonów typowo covidowych, ale z pewnością zdrowie niektórych mieszkańców pogorszyło się przez ten czas. Było ciężko także dlatego, że połowa kadry zachorowała, ale niektórzy skracali L4, bo wiedzieli, że zarówno reszta personelu, jak i mieszkańcy ich potrzebują. Mocno się wspieraliśmy, kilka nocy spędziłam przy telefonie, pomagając podejmować decyzje na odległość. Mąż mówił, że się przez to będę dłużej leczyć. Obecnie kolejnym tematem jest wojna w Ukrainie. Dla mieszkańców to trudne, pytają, czy i u nas będzie wojna, koniec świata. Odbierają z mediów poczucie zagrożenia, rozmawiają ze sobą o tym, co będzie, jeżeli Trump wygra wybory[4]. Wszystko to zwiększa ich poziom stresu, więc trzeba dodatkowo prowadzić rozmowy wspierające, uspokajające – opowiada Dorota.

tym bardziej chciałaby, żeby jej praca była bardziej doceniana.

– Na rękę zarabiam około 5 tys. zł, w to już jest wliczony dodatek za staż pracy. Pielęgniarki w szpitalu często mają dwa razy lepszą pensję. Owszem, dostaniemy ten 1 tys. zł brutto dodatku motywacyjnego, ale nie zmieni to zbyt wiele. Mój 24-letni syn zarabia prawie 7 tys. zł netto. Mam więc trochę poczucie krzywdy po tych wszystkich latach. Są osoby, które przychodzą do DPS tylko do pracy. Ale są tacy, jak ja, którzy wolny czas też poświęcają pracy i przykro, że to nie jest doceniane. Niby mogłabym rzucić wszystko i pojechać do Świnoujścia, gdzie była oferta dla pielęgniarki w szpitalu – mieszkanie i 10 tys. zł na rękę. Nie chcę jednak zostawiać mieszkańców, mam świadomość, że byłoby wtedy jeszcze gorzej, więc mam poczucie obowiązku. Tak samo, jak i wiele innych osób, bo gdyby nie pracowały dodatkowo, po osiągnięciu wieku emerytalnego, to system już dawno by się załamał. Wielu opiekunów mówi zresztą, że jeżeli na nocnym dyżurze nie będzie pielęgniarki, to zrezygnują z pracy, bo spadnie na nich jeszcze więcej odpowiedzialności. Na razie nie ma u nas dużej rotacji, ewentualnie ktoś idzie na macierzyński lub dłuższe zwolnienie lekarskie. Wtedy organizujemy zastępstwo i bywa, że jeżeli widzimy w człowieku iskrę, jeśli sprawdził się w tej pracy, to za jakiś czas zatrudniamy go na stałe. Ten zawód trzeba mieć w sobie, trzeba lubić pomagać, nie przechodzić na ulicy obojętnie obok człowieka, który się potknie. Powinnyśmy jednak być finansowane tak samo, jak pielęgniarki w szpitalach, przez NFZ – świadczymy usługi pielęgniarskie, do których każdy obywatel ma prawo. Dodatkowo łatwiej byłoby obsadzić wakaty – mówi Dorota.


Jędrzej Dudkiewicz

Dziennikarz freelancer do spraw społecznych


[1] Funkcjonariusze Służby Więziennej mogą przejść na emeryturę po 25 latach pracy.

[2] Z finansowaniem przez DPS dodatkowych szkoleń czy studiów spotkałem się w trakcie zbierania materiałów do książki może raz. W większości przypadków pracownice i pracownicy DPS robią to na własną rękę, w czasie wolnym, za swoje pieniądze. Mało który samorząd jest chętny, by wykładać dodatkowe środki na podno szenie kompetencji osób zatrudnionych w DPS.

[3] Chodzi o sprawę z DPS w Jordanowie pod Krakowem, gdzie pro wadzące Dom siostry prezentki obrażały i znęcały się nad dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną. Wymierzały im kary, jak wiązanie do łóżek, bicie mopem, zamykanie w klatce. Artykuł na ten temat można przeczytać tutaj: https://wiadomosci.wp.pl/ pieklo-u-zakonnic-bicie-wiazanie-zamykanie-w-klatce-horror–dzieci-w-dps-pod-krakowem-6778332058069696a, dostęp na dzień 31.07.2025 r.

[4] Nasza rozmowa odbyła się w lipcu 2024 roku.


Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.


CZYTAJ WIĘCEJ