WSPIERAJ
Menu

Antyrasizm nie wymaga uzasadnienia ekonomicznego [polemika]

Tekst:
Zuzanna Antonowicz

„Język etycznego pohukiwania się zużył” — stwierdza na łamach „Krytyki Politycznej” Galopujący Major, oceniając polityczną skuteczność humanitarnej narracji na temat migracji. Jako alternatywę dla niej proponuje „język transakcyjny”, który ma być bardziej przekonujący dla nieprzychylnych migrantom Polaków. Stoi za tym przekonanie, że badania mówiące jasno o korzyściach ekonomicznych płynących z napływu obcokrajowców do Polski – w tym głośny raport Deloitte, pokazujący znaczny wkład Ukraińców we wzrost polskiego PKB (2,7%) — powinny służyć jako argument ostateczny w debacie na temat zamykania i otwierania granic. Zgodnie z taką perspektywą, lewica miałaby za zadanie uświadamiać osobom o poglądach „nielewicowych” (których, jak przekonuje autor, mamy w Polsce 90%), że korzystanie z siły roboczej przyjezdnych się opłaca. Sęk w tym, że prawicy na mało czym zależy tak, jak na zrównaniu imigrantów z końmi pociągowymi – to jej odwieczna strategia. Lewica, zamiast udowadniać użyteczność imigrantów, powinna bronić ich podmiotowości.

Reprezentowana przez wielu przedstawicieli partii prawicowych – tak w Europie, jak i w USA – ideologia rasizmu i białego suprematyzmu opiera się przecież także na pewnej wersji argumentu ekonomicznego. Według niego pewna forma kontrolowanej imigracji się opłaca, gdy „biała rasa” jest uprawniona do wyzyskiwania pracy pozostałych „ras”. Aby zburzyć obraz imigrantów jako mieszkańców drugiego sortu, których obecność w kraju trzeba usprawiedliwiać ich wkładem w gospodarkę, musimy zerwać z podporządkowywaniem dyskusji na temat przepływu ludności kryterium opłacalności. Alternatywą dla tej postawy jest przekonanie, że antyrasizm nie wymaga żadnego uzasadnienia ekonomicznego.

Istotną zaletą takiego „zwyczajnego” antyrasizmu – który Galopujący Major określiłby może właśnie „etycznym pohukiwaniem” – jest to, że jego skuteczność nie jest uzależniona od okoliczności. Nie musi też dopasowywać się do zmieniających się postaw środowisk nacjonalistycznych. To ważne, ponieważ nie istnieje jakaś jednolita linia argumentacyjna wszelkiej prawicy, podobnie jak jakiś utrwalony zestaw przekonań „przeciętnego polskiego wyborcy”. Za deportacją imigrantów mogą opowiadać się zarówno zdeklarowani skrajni nacjonaliści, dążący do utrzymania „czystości” etnicznej — np. politycy Suwerennej Polski — jak i sfrustrowani recesją i tracący pracę obywatele, przyjmujący postawy nietolerancji niejako spontanicznie.

Stanowczy sprzeciw wobec rasizmu jest tym bardziej istotny, że w najbliższym czasie należy spodziewać się zarówno wzrostu migracji, jak i wzmocnienia się ksenofobicznych postaw. Tymczasem argumenty ekonomiczne, sprowadzające przyjezdnych do zasobów gospodarczych, zamiast przeciwstawiać się rasistowskiej nagonce, mogą dodatkowo legitymizować roszczenia Polaków do wyzyskiwania przyjezdnych. Dlatego w zwalczaniu towarzyszących migracjom spontanicznych fal nastrojów antymigranckich skuteczna może być tylko trwałość w postawie antyrasistowskiej.

Abstrahujący od kwestii humanitarnych „język transakcyjny”, skuteczny do pewnego stopnia w momencie wzrostu gospodarczego, przemienia się w język walki o zasoby przy okazji jego załamania. Poucza nas o tym historia statusu ludności napływowej w Stanach Zjednoczonych. Pierwsza w USA ustawa uderzająca w określoną grupę migrantów, czyli Chinese Exclusion Act z 1882 roku, nie tylko zabraniała wjazdu do kraju osobom narodowości chińskiej, ale także uniemożliwiała uzyskanie obywatelstwa obecnym już w kraju pracownikom z Chin. Kongres tłumaczył tę decyzję następująco: „W dyskusji na […] temat migracji pojawiała się niekiedy mętna teoria, że niesprawiedliwe bądź nieliberalne jest dyskryminowanie jakiejkolwiek rasy czy rodzaju ludzi, którzy chcą osiedlić się w tym kraju. Teraz jednak, w czasach, gdy więcej niż połowa ludzi na świecie kieruje swe oczy na tę urodzajną ziemię obfitości i napływa do nas milionami, wierzę, że bezpieczeństwo narodowe wymaga inteligentnej dyskryminacji, i że nie tylko jest to sprawiedliwe i rozsądne, lecz także humanitarne – trzymać z dala elementy najgorszego sortu.” Już wówczas mówiono o inwazji migrantów, zagrożeniu przejęcia kontroli nad państwem przez przyjezdnych i oskarżano Chińczyków o kradzież miejsc pracy. Brzmi znajomo?

Mimo, że obecnie – zarówno w USA, jak i w Europie – słyszymy te same formułki tłumaczące restrykcyjną politykę migracyjną, Galopujący Major przekonuje, że nie należy bić na alarm, gdyż obecna sytuacja ekonomiczno-polityczna nie sprzyja faszyzmowi:

Abstrahując od faktu, że nie mamy ekonomicznej katastrofy z ogromną inflacją i bezrobociem, ani milionów weteranów wojennych, ani groźby autentycznie socjalistycznej rewolucji – czyli tego, co zrodziło faszyzm 100 lat temu – to samo słowo „faszyzm” dla antyemigranckiej części Polaków znaczy dokładnie tyle, co słowo komunizm dla Polaków nieprawicowych. Jest tylko tanią, oklepaną obelgą.

Czy jednak musimy mieć do czynienia z „prawdziwym faszyzmem”, aby poważnie potraktować rasistowskie postawy? Bagatelizowanie ksenofobicznych zachowań jest błędem – to, co dla Polaka może wydać się jedynie „tanią obelgą”, w perspektywie obcokrajowca w Polsce stanowi powód do obaw tu i teraz. Do uzyskania społecznego przyzwolenia na politykę wrogą wobec mniejszości nie trzeba kryzysu. Przytaczając znów przykład Stanów Zjednoczonych, mimo że kraj ten stoi pracą migrantów, poparcie społeczne dla antyimigranckiej i rasistowskiej polityki jest tam silne od lat, a do masowych deportacji dochodziło zarówno w momencie załamań, jak i gospodarczej stabilizacji.

Chwiejność transakcyjnego stosunku do imigrantów pokazuje historia Programu Bracero. W jego ramach Stany Zjednoczone przyjmowały robotników zza południowej granicy, których uprzednio, w latach 30. ubiegłego wieku, w okresie Wielkiego Kryzysu, przymusowo wysiedliły. Meksykanów sprowadzono z powrotem, gdy okazali się potrzebni, a na końcu ponownie deportowano.

Jak mówi w rozmowie z „Time” Ana Raquel Minian, historyczka z Uniwersytetu Stanforda – „gdy [w latach 30. – red.] bezrobocie osiągnęło rekordowy poziom, meksykańscy imigranci i Meksykanie-Amerykanie byli jednocześnie obwiniani o odbieranie pracy obywatelom USA i paradoksalnie o życie z pomocy społecznej”. Rząd amerykański postanowił wówczas pozbyć się ok. 2 milionów meksykańskich imigrantów, co doprowadziło do poważnych braków siły roboczej w rolnictwie. Okazało się, że obecność meksykańskich pracowników była konieczna, aby uchronić przed niedostatkiem żywności kraj, który wysłał wielu swoich obywateli na trwającą wojnę. W kolejnej dekadzie przeprowadzono więc kampanię na rzecz powrotu meksykańskiej siły roboczej, czyli tak zwany Program Bracero („bracero” to z hiszpańskiego „robotnik fizyczny”), który przypadał na lata 1942-1964. Program zapewniał Meksykanom m.in. płacę minimalną, odpowiednie warunki zakwaterowania czy ochronę przed wcieleniem do armii.

Mogłoby się zdawać, że historia Bracero będzie stanowiła najlepszy dowód na to, jak cenna była dla USA obecność meksykańskich migrantów. Nie uchroniło to jednak Meksykanów od dyskryminacji i od bycia postrzeganymi jako obywatele drugiego sortu. Braceros otrzymywali niższe niż Amerykanie pensje, a ponadto nie byli wpuszczani do wielu kin i restauracji lub odseparowywano ich od białej klienteli. Nie dano im zapomnieć, że mogą przebywać w USA tylko ze względu na swą użyteczność, która nie zapewniła im równego traktowania. Fakt, że przyjęcie migrantów się opłacało nie zniwelował rasistowskich przekonań wśród wielu Amerykanów. Co więcej, mimo iż braceros pracowali dla Amerykanów za niższe pensje, w 1964 postanowiono ponownie pozbyć się ich, tym razem pod pretekstem rzekomego zaniżania przez nich płac. Choć dzięki pracy imigrantów zażegnano kryzys żywieniowy, prezydent John F. Kennedy stwierdził, że obecność Meksykanów działa na niekorzyść rodzimych pracowników. Współczesne badania wykazały jednak, że w zasadzie nie miała ona wpływu na poziom płac.

Dziś w USA blisko 30 proc. pracowników budowlanych i aż 73 proc. zatrudnionych w rolnictwie to migranci. Nie stoi to jednak na przeszkodzie wdrażaniu antymigranckiej polityki przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zapowiadane przez Donalda Trumpa od pierwszej kadencji, a od tego roku wyjątkowo agresywnie egzekwowane przez ICE (Agencję ds. Imigracji i Egzekwowania Prawa Celnego) masowe deportacje z pewnością spowodują we wspomnianych sektorach straty. Jednak dla Trumpa ważniejsza zdaje się być wierność ideologii MAGA, niż trzymanie się kalkulacji. Jest to najprawdopodobniej po części (wątpliwa) zasługa doradcy Trumpa, Stephena Millera, wierzącego w rasistowską teorię spiskową tak zwanego „wielkiego zastąpienia”. Miller inspiruje się think-tankiem American Renaissance (AmRen), publikującym treści mające przedstawiać ludność niebiałą jako niekompetentną, agresywną czy nawet podważać jej prawo do zasiadania w rządzie amerykańskim. Stoi za tym przekonanie, że różne „rasy” mają różne „przeznaczenie”, a przeznaczeniem niebiałych jest praca fizyczna. Redukowanie imigrantów do siły roboczej (nawet jeśli jest ona cenna, jak za pomocą przykładu raportu Deloitte przekonuje Galopujący Major) oznacza rezygnację ze sprzeciwu wobec takiego stanowiska. Dlatego bezwzględny antyrasizm jest jedyną strategią dla tych, którym zależy na losie migrantów.

Mimo wrogości rządów, prowadzących politykę migracyjną wedle swoich potrzeb, oraz nagonki aktywistów i think-tanków skrajnej prawicy, ludzie wciąż, często pod przymusem, decydują się na zmianę miejsca zamieszkania. Zaakceptowanie procesów migracyjnych jako reguły, którą one po prostu są, pozwoli na odparcie snutej przez prawicę narracji o nadciągającej apokalipsie, a zwalczanie uprzedzeń i stanowczy sprzeciw wobec poglądów ksenofobicznych umożliwią stworzenie przestrzeni do integracji. Imigrantów spotykamy przecież nie tylko w miejscu pracy. Są oni naszymi sąsiadami, jeżdżą z nami autobusem, chodzą do tych samych kin i szkół. Dbałość o ich dobrostan nie jest więc jedynie abstrakcyjnym problemem „prawoczłowieczym”, ale dotyczy kwestii, które bezpośrednio wpływają nie tylko na nasze portfele, ale i na naszą codzienność.


Zuzanna Antonowicz

Członkini redakcji „Gromad”. Absolwentka Wydziału Filozofii UW. Zajmuje się teorią polityczną.


Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.


CZYTAJ WIĘCEJ