11.12.2025

Patrząc na Belgrad z Warszawy: słabości studenckiej rewolty są lekcją dla polskiej lewicy

11.12.2025
A. Lengyel

Protesty w Serbii to zarówno wzór, jak i ostrzeżenie dla ruchów lewicowych w innych częściach świata. Z jednej strony mają stanowić nadzieję na „uratowanie demokracji” (pisał o tym Slavoj Žižek, za protestującymi wstawiał się też Francis Fukuyama); także ich formuła, oparta na oddolnych inicjatywach demokratyczno-lewicowych organizacji studenckich, sprawia wrażenie  powtórki legendarnego Maja 68’. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana: lewicową rewolucję przejmuje tam nurt niestroniący od motywów faszystowskich. 

Szybko pojawiły się głosy krytyczne wobec narracji stosowanych przez część protestujących. Zwracano uwagę na kwestie pozornie oczywiste, a jednak poza Bałkanami rzadko omawiane – mianowicie na fakt, że działania te koncentrują się wyłącznie na walce w ramach jednego państwa narodowego i opierają się na nieprecyzyjnie pojmowanym „patriotyzmie”, który w serbskim kontekście obciążony jest dziedzictwem ludobójczych zbrodni z lat dziewięćdziesiątych.

Iskrą zapalną dla protestów była tragedia w Nowym Sadzie, gdzie w wyniku zawalenia się zadaszenia dworca kolejowego zginęło 16 osób. Najpierw, impulsywnie, młodzi Serbowie wyszli na ulicę – zmęczeni kompletnie oderwanym od ludu rządem serbskiej prawicy. Wkrótce demonstracje przekształciły się w masowy sprzeciw wobec rządów prezydenta Aleksandara Vučicia, prawicowca, o bliskich związkach zarówno z Putinem, jak i Unią Europejską.

Krytyczna refleksja nad serbskimi protestami może zaś stanowić ważny punkt refleksji także i dla polskiej lewicy.

Jeden protest, wiele polityk

Protesty mają przy tym przy tym różnorodny charakter. Część środowisk opozycyjnych i organizacji obywatelskich skupia się na problemie korupcji, posługując się hasłem „korupcja zabija”. Inni uczestnicy, o bardziej lewicowych poglądach, akcentują negatywne skutki polityki gospodarczej Vučicia wskazując, że „deregulacja zabija”. Wśród demonstrantów rośnie przekonanie, że niezależnie od tego, z którymi państwami władze utrzymują bliskie relacje – z UE, USA, Rosją, Chinami czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi – korzyści czerpie głównie rząd oraz powiązany z nim biznes. 

Ruch osiągnął imponujący poziom samoorganizacji. „Na każdym wydziale odbywa się lokalne plenum, na którym każdy może zabrać głos, po czym następuje krótka dyskusja i głosowanie” – mówił jakiś czas temu gazecie „Inicjatywy Pracowniczej” jeden ze studentów, Veljko. Najczęściej prowadzi to do wypracowania konsensusu. Ponadto każdy wydział posiada liczne grupy robocze, zajmujące się strategią, darowiznami, mediami, komunikacją międzywydziałową, bezpieczeństwem oraz działaniami podczas okupacji.

Protestujący szybko zyskali poparcie społeczne: po trzech miesiącach niemal dwie trzecie Serbów deklarowało sympatię dla ruchu. Poparcie to jest szczególnie silne wśród młodego pokolenia – według badań KOMS z 2025 roku aż dziewięciu na dziesięciu młodych ludzi popierało manifestacje, z czego ponad trzy czwarte akceptowało także blokady w szkołach średnich.

W ostatnim czasie protesty znacznie się nasiliły. W Belgradzie, Nowym Sadzie, Niszu czy Kragujevacu studenci wciąż okupują uczelnie, a młodzież szkolna samodzielnie blokuje licea. Domagają się nie tylko ustąpienia rządu, lecz także zwiększenia nakładów na edukację oraz uwolnienia zatrzymanych uczestników demonstracji. Miesiąc temu minął rok od rozpoczęcia mobilizacji. Jak mówiła mi na początku listopada b.r. jedna z uczestniczek protestów: „Rocznica sama w sobie była smutnym i podniosłym wydarzeniem – masowym, z inspirującymi marszami studentów w całym kraju – lecz nie przełożyła się na widoczną zmianę polityczną. Obecnie znajdujemy się w niestabilnej sytuacji w Belgradzie, gdzie matka Stefana Hrki, ofiary zawalenia zadaszenia – Dijana Hrka – jeszcze na początku listopada prowadziła strajk głodowy w pobliżu budynku parlamentu, obok nielegalnego prorządowego obozowiska »Ćaćilend«, domagając się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, przedterminowych wyborów oraz uwolnienia uwięzionych studentów. Każdego dnia ludzie gromadzą się, by ją wspierać.”

Wobec ruchu – podobnie jak wobec studenckiego i obywatelskiego protestu w Chile, o którym piszę w drugim artykule w tym numerze – serbski rząd stosuje przemoc. Część działaczy studenckich została już aresztowana. Jednym z symboli represji stał się ostatnio student z Nowego Sadu, Bogdan Jovičić, który przez dwanaście dni prowadził strajk głodowy w jednym z belgradzkich więzień.

Brak alternatywy
Na początku protest wzbudzał entuzjazm wśród liberalnej i lewicowej opinii publicznej w Czarnogórze. Postrzegano go jako autentyczny, oddolny bunt antyrządowy, inspirowany metodami znanymi z „Blokadnej kuharicy” (jest to dostępny w Internecie poradnik, opublikowany przez grupę anonimowych studentów z Wydziału Filozofii w Zagrzebiu, którzy opisali tam swoje doświadczenia z protestów w Chorwacji w 2009. roku). Z czasem zaczęły pojawiać się jednak głosy krytyczne.

Jedną z trafniejszych analiz krytycznych ruchu przedstawił Todor Kuljić, socjolog z Uniwersytetu w Belgradzie. Jego zdaniem protesty studenckie w Serbii tracą swój autentyczny charakter, wynikający z „pokoleniowego radykalizmu”, przekształcając się stopniowo w ogólnospołeczny ruch obywatelski. 

Jak twierdzi Kuljić studenci domagają się uczciwego przestrzegania prawa, a nie zmiany systemu. W ruchu brakuje radykalnej krytyki „niepohamowanej chęci zysku” i kapitalizmu jako takiego. Wyłaniającą się wizją jest raczej „uczciwy kapitalizm” – idea charakterystyczna dla starszych pokoleń restauratorów systemu wolnorynkowego, a nie nowa, alternatywna propozycja młodych. Studenci nie są winni temu, że nie potrafią wyjść poza horyzont obecnego systemu – po prostu nie istnieje dziś silna, atrakcyjna wizja innego ustroju.

Mimo tej krytyki Kuljić wskazuje również na istotne osiągnięcia ruchu. Protest był najsilniejszym dotąd ciosem wymierzonym w szešelizm, czyli skrajnie prawicowy nurt polityczny w Serbii. Ważnym przełomem w skali regionu okazał się jego wyraźnie antynacjonalistyczny charakter. Udało się przerwać proces normalizacji skrajnej prawicy w serbskim społeczeństwie. Ulica stała się nową instytucją, a w symbolice i karnawalizacji protestu ujawnia się nowa kultura polityczna. Zdaniem Kuljicia, jeśli jednak dojdzie do zmiany, może ona oznaczać jedynie wymianę politycznych garniturów, nie zaś rzeczywistą zmianę pokoleniową czy społeczną.

Z drugiej strony – jak argumentuje Vera Mevorah, filozofka z tej samej uczelni co Kuljić, choć podziela wiele jego tez – studenci stanowią jedynie jeden z elementów znacznie szerszego ruchu. Jej zdaniem ruch ten jest jak kamień, który ma „poruszyć społeczeństwo”. Jak opisuje Mevorah, studenci dzięki samoorganizacji docierali również do gmin wiejskich, rozmawiając z mieszkańcami i pokazując, że lewicowy ruch studencko-obywatelski nie jest rezultatem żadnych „zachodnich ideologii”. Dzięki temu protestowi udało się zdobyć nowych zwolenników także poza wielkomiejską bańką.

Powrót prawicy w lewicy

Komentatorzy wskazują też drugi problem –  jak sądzę ważniejszy – związany z wpływem symboliki radykalnej prawicy na protestach. O „nacjonalistycznym” zwrocie podczas protestów mówią i piszą częściej autorzy z krajów ościennych, gdzie serbski nacjonalizm kojarzy się przede wszystkim z tragedią lat dziewięćdziesiątych. 

Jak tłumaczy mi Naum Trajanowski, socjolog z Wydziału Socjologii UW: „Dla obserwatora z zewnątrz historyczne odniesienia pojawiające się na serbskich demonstracjach kojarzą się przede wszystkim z dawnymi próbami umacniania serbskiej dominacji w regionie, czego jednym z najbardziej wyrazistych przykładów są wojny lat 90.”.

Symptomatyczna była ewolucja symboli, które pojawiały się na protestach: od „zakrwawionej dłoni” (symbolu odpowiedzialności władzy za tragedię) do haseł „Nema predaje” (Nie poddamy się – w kontekście dalszych ambicji na odzyskanie Kosowa przez Republikę Serbską) i pieśni serbskich nacjonalistów z lat dziewięćdziesiątych. 

Krytykę tę rozwija w swoich publikacjach jeden z czołowych publicystów czarnogórskiej lewicy, Dušan Pajović. Przedstawia on całkiem odmienną od Todora Kuljića opinię o relacji ruchu do środowisk skrajnej prawicy. Jego zdaniem początkowo obiecujący, pokojowy i oddolny protest studencki w Serbii został stopniowo zdominowany przez skrajnie nacjonalistyczną, wielkoserbską retorykę. Stąd i wniosek: ruch, który miał walczyć o demokrację, stał się platformą dla ideologii gloryfikującej zbrodnie wojenne oraz dążącej do dominacji Serbii nad sąsiednimi państwami.

Kulminacją prawicowej mobilizacji był wiec w rocznicę bitwy na Kosowym Polu (Vidovdan – 28. czerwca w kalendarzu gregoriańskim), gdzie ze sceny nawoływano do „serbskiego integralizmu”. Pajović stawia gorzką tezę: faszystowska ideologia jest tak głęboko zakorzeniona w serbskim społeczeństwie, że nawet środowiska postępowe wpadają w pułapkę dehumanizowania sąsiadów w imię walki z rządem – szowinizm staje się instrumentem antyrządowej retoryki w momencie, kiedy uczestnicy ruchu zaczynają określać się jako bliżej niezdefiniowany „naród”. Serbia, według Pajovicza, to „lokalne imperium”, a Czarnogóra, Bośnia i Kosowo to jego kolonie, pozostające w stałej zależności od wydarzeń w Belgradzie. W jednym ze swoich tekstów Pajović prowokacyjnie (co sam podkreśla) pytał, czy protestujący we Francji byliby uznani za postępowych, gdyby walcząc z Macronem, jednocześnie nawoływali do zbrodni w byłych koloniach.

Lekcje z Serbii

Historia serbskich protestów jest ostrzeżeniem również dla Polaków – zwłaszcza dla środowisk lewicowych, które coraz chętniej sięgają po język patriotyzmu jako narzędzie budowania szerszego poparcia społecznego. Przypadek Serbii pokazuje, jak cienka i niebezpieczna bywa granica między próbą „oswajania” narracji narodowej a przejęciem jej przez siły nacjonalistyczne.

Doświadczenia z Serbii uczą, że  nawet ruch o wyraźnie demokratycznych i emancypacyjnych intencjach może stać się – w sprzyjających warunkach – nośnikiem cudzych ideologii. Szczególnie wtedy, gdy w imię „szerokiego frontu” rezygnuje się z wyraźnych granic aksjologicznych, a walkę o demokrację oddziela od walki z nacjonalizmem, rasizmem i imperialnymi resentymentami.

To ważna przestroga także dla polskiej „lewicowej polityki pamięci”. Wspomniana lewica patriotyczna w ostatnich latach coraz częściej, przywołuje „piękne czasy PPS” i tradycję socjalizmu niepodległościowego. Tymczasem ta sama PPS czasów Daszyńskiego i Pużaka, wspierając obóz piłsudczykowski, współuczestniczyła w brutalnej polityce państwa wobec mniejszości: Ukraińców, Białorusinów, Łemków, Romów czy społeczności żydowskiej w II RP. 

Jak pisał Daszyński, „kto tępi narody, ten jakby zrywał struny z harfy świata”. Warto jednak zastanowić się, czy idealizowanie historii lewicy niepodległościowej czy patriotycznej, broniącej ideału  „narodu polskiego”  ma swoje racje współcześnie. Polityki sanacji nie byłoby bez poparcia zamachu majowego i powstałego po nim reżimu przez obóz socjalistów-patriotów, którzy w 1926. roku zarządzili strajk powszechny jako manifest poparcia dla Marszałka, następnie popierając autorytarny wybór Ignacego Mościckiego na prezydenta i liczne reformy forsowane przez Piłsudskiego (łącznie z uchwaloną chwile po zamachu ustawą o prowizorium budżetowym, legitymizującą de facto i de iure nowy reżim).

Stąd konieczność szczególnej ostrożności wobec każdej próby romantyzowania nacjonalizmu w lewicowych barwach. Jeśli demokracja ma być czymś więcej niż tylko głosem silniejszego, musi pozostać nierozerwalnie związana z antynacjonalizmem, internacjonalizmem i solidarnością ponad granicami. W przeciwnym razie historia Serbii może okazać się nie egzotycznym wyjątkiem, lecz scenariuszem, który – w innej wersji – może powtórzyć się również nad Wisłą.

Serbia nie jest jednak wyłącznie przestrogą. Jest także – i być może przede wszystkim – lekcją demokracji rozumianej jako praktyka społeczna, a nie jako zestaw pustych formuł. Pokazuje, że demokracja nie kończy się na procedurach, hasłach o praworządności ani na moralnym oburzeniu wobec nadużyć władzy, jeśli nie idą za nimi realne działania na rzecz poprawy warunków życia. To demokracja, która nie rozgrywa się wyłącznie w salach sądowych, mediach społecznościowych i parlamentach, lecz również na ulicach, w szkołach i na uniwersytetach.

Demokracja pozbawiona tego wymiaru szybko staje się fetyszem elit, narzędziem legitymizowania status quo, a nie językiem emancypacji. Jeśli ma mieć sens – również w Polsce – musi oznaczać coś więcej niż obronę instytucji.


Krzysztof Katkowski

Socjolog, tłumacz literacki, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es. Członek zwyczajny Associació Catalana de Sociologia.