W latach 70. wśród włoskich feministek rozgorzała dyskusja na temat wypłacania kobietom wynagrodzeń za pracę w domu.. Do dziś, na co wskazują liczne badania i sondaże, kobiety wykonują gros zajęć związanych z opieką nad dziećmi, chorymi czy starszymi, ze sprzątaniem, gotowaniem i resztą licznych obowiązków życia codziennego. O to, jak do tego problemu podchodzi marksistowska filozofia feministyczna, spytałam Joannę Bednarek, tłumaczkę i autorkę wstępu do książki Silvii Federici, włoskiej filozofki i aktywistki. W swojej publikacji Wages for Housework z 1975 r. Federici stwierdziła, że ,,płaca za prace domowe jest nie tylko perspektywą rewolucyjną, lecz także jedyną rewolucyjną perspektywą z punktu widzenia feminizmu i ostatecznie całej klasy pracującej”.
Zuzanna Jędrzejowska: W kontekście teorii marksistek autonomistycznych, takich jak Silvia Federici, lepiej mówić o pracy opiekuńczej, domowej czy raczej o reprodukcyjnej?
Joanna Bednarek: Debatę na temat statusu pracy domowej w kapitalizmie zapoczątkował referat Selmy James, wygłoszony podczas trzeciej konferencji Ruchu Wyzwolenia Kobiet w 1972 r. Do kwestii opieki nad domem doszły później zagadnienia pracy emocjonalnej oraz utowarowienia seksualności czy pracy opiekuńczej. Szerszym i najbardziej adekwatnym dla współczesnej strukturalnej analizy pojęciem jest praca reprodukcyjna. Łączy ono różne rodzaje aktywności i wskazuje na ich funkcję w reprodukcji siły roboczej, bez której kapitalizm nie mógłby istnieć.
Z.J: Jak uwzględnienie pracy reprodukcyjnej wpływa na sposoby politycznego organizowania się kobiet?
J.B.: Wszyscy klasycy marksizmu, w tym Lenin czy Trocki, zgadzali się, że praca domowa jest uciążliwa, jednostajna i mało rozwijająca, dlatego uważali, że w zasadzie wystarczy ją zautomatyzować, by zniknęła – podobne stanowisko objęła także Angela Davis. Niestety, rozwój techniczny poszedł w inną stronę, niż to sobie wyobrażano w połowie XX w. Wiele zadań domowych wykonujemy tak samo jak wiele lat temu. Automatyzacja pracy domowej postępuje bardzo powoli, a sztuczna inteligencja wpływa na zupełnie inne rejony ludzkiej działalności. Zamiast sztucznych macic mamy surogatki z krajów Południa lub tych ogarniętych kryzysami.
Do momentu powstania kampanii Wages for Housework nikt nie wierzył, że można się wokół zagadnienia pracy reprodukcyjnej politycznie organizować. Społeczny odbiór postulatu płacy za prace domowe okazał się jednak problematyczny, bo nie zrozumiano, że miał on w swojej intencji charakter strategiczny, nie dosłowny. Jego funkcją było uwidocznienie nieopłaconej pracy kobiet, lecz krytyczki zwracały uwagę, że niesie ze sobą niebezpieczeństwo wzmacniania stereotypowego podziału ról społecznych, co nie było w żadnym razie zamiarem jego autorek. W latach 70., czyli właśnie wtedy, kiedy działały Silvia Federici, Alisa Del Re czy Mariarosa Dalla Costa, istniała we Włoszech duża grupa kobiet, które nie pracowały zawodowo – o ich włączenie do ruchu feministycznego starały się właśnie marksistki z nurtu operaizmu. Natomiast dziś to jest w Europie coraz rzadsze i problemem jest raczej to, że kobiety pracują zawodowo, ale jednocześnie wciąż się oczekuje od nich, że będą wykonywać wszystkie nieopłacane czynności reprodukcyjne.
W związku z tym większą niż wcześniej część pracy reprodukcyjnej obecnie wykonują kobiety pracujące w tym sektorze zawodowo, nierzadko na bardzo prekarnych warunkach. Rozbudowa instytucji takich jak żłobki oraz większe zapotrzebowanie na pracownice domowe sprawiło, że to profesjonalne nianie, sprzątaczki i opiekunki przejęły sporą część obciążenia. Mimo tego, nieopłacona praca nie znika nawet dla kobiet aktywnych zawodowo – dalej wykonują ją po powrocie z pracy, po odebraniu dzieci z przedszkola, w dni wolne. Dotyczy przy okazji także nadmiarowych, nieformalnych ,,obowiązków zawodowych” które polegają na dbaniu o relacje czy stan emocjonalny współpracowników.
Ostatecznie bardzo ważnym odkryciem marksizmu autonomistycznego, do którego należały wspomniane feministki, jest fakt, że walka kobiet, choć odbywa się także w miejscu pracy, nie kończy się z momentem powrotu do domu. Ona toczy się wszędzie – czasem na przykład to na polu walk lokatorskich klasa robotnicza organizuje się na rzecz poprawy swojego losu.
Z.J.: Obecnie ułatwianie kobietom wejścia na rynek pracy jest jednym ze sztandarowych postulatów głównego nurtu feminizmu. Wydaje się, że w niektórych fragmentach pism Federici można wyczuć pewien sceptycyzm dotyczący takiej drogi emancypacji. Jak z perspektywy autonomistek możemy postrzegać rolę pracy zawodowej kobiet w walce z patriarchatem?
J.B.: Liberalny feminizm, kiedy walczył o prawo kobiet do pracy, walczył przede wszystkim o dostęp do zawodów inteligenckich, które zapewniłyby kobietom samodzielny awans społeczny. Pojawienie się większej liczby lekarek, wykładowczyń czy prawniczek zdecydowanie jest jego zasługą. Przekonanie, że bez pracy kobietom ,,mózg rozmięka”, które silnie artykułowała m.in. Betty Friedan, nie było zupełnie bezpodstawne. Życie pań domu z klasy średniej i wyższej, pozbawionych możliwości autonomicznego rozwoju, często popadających w alkoholizm czy neurozy, faktycznie miało niezwykle represyjny charakter i nie należy tego lekceważyć.
Jednocześnie feministki liberalne nie zdawały sobie sprawy, że kobiety z klasy robotniczej, w tym np. ich służące, wykonujące za nie pracę reprodukcyjną, funkcjonowały w znacznie cięższej formie ucisku. Oczywiście, praca pozwala na niezależność finansową, kluczową dla samodzielnego decydowania o sobie. Natomiast perspektywa liberalna nie dostrzega, że praca nie stanowi wyzwolenia sama w sobie. Na pewno nie stanowi jej praca, którą wykonuje obecnie większość kobiet: niskopłatna, powtarzalna, uciążliwa. Myśl, że praca stanowi przede wszystkim pole samorealizacji to liberalny mit, nieadekwatny do opisu sytuacji ogromnej liczby pracownic doznających wyzysku.
Pozornym rozwiązaniem kwestii pracy reprodukcyjnej jest dla klasy średniej zatrudnianie pomocy domowej. Z tej możliwości mogą korzystać kobiety, którym udało się zdobyć lepiej płatny zawód i których partnerzy, jak to zwykle bywa, odmawiają wykonywania domowych obowiązków. Pracownice, często migrantki, wykonują je jednak często za zatrważająco niskie stawki. Ten scenariusz nie niweluje tej pracy, tylko zrzuca ją na mniej zamożne kobiety. Istnieje natomiast szereg rozwiązań wspomagających aktywizację zawodową kobiet, takich jak urlop tacierzyński czy budowa żłobków, co do których zarówno feministki socjalne, jak i liberalne mogłyby się zgodzić.
Z.J.: Koncepcja pracy reprodukcyjnej rozszerza klasyczną definicję pracy. Jak dostrzeżenie jej zmienia nasze rozumienie kapitalizmu?
J.B.: Ta perspektywa pozwala zauważyć, że bardzo często wytwarzamy wartość dla kapitału w czasie wolnym, nawet wtedy, gdy robimy rzeczy, które uważamy za rozrywkę, np. gdy przeglądając media społecznościowe jednocześnie sprzedajemy naszą uwagę reklamodawcom. Różnego rodzaju paraspołeczne aktywności, czyli takie oparte na jednostronnej, pozornej więzi międzyludzkiej, generują wartość i są nie do uchwycenia w ramach teorii zawężających pojęcie pracy jedynie do pracy najemnej. To jest intuicja stojąca także za koncepcją fabryki społecznej Mario Trontiego, wedle której granica między domem i miejscem zatrudnienia jest względna, a podział pracy na płatną i niepłatną – umowny.
Jednocześnie logika rozszerzania pojęcia pracy niesie ze sobą niebezpieczeństwo zupełnego rozmycia kategorii pracy i wyzysku. Widać to przykładowo u Hardta i Negriego, u których absolutnie wszystko można uznać za pracę produkcyjną, przez co kategoria ta traci swoją krytyczną wartość. Nie warto jednak wchodzić tutaj w abstrakcyjne filozoficzne refleksje na temat dokładnego punktu, w którym oglądanie Netflixa zmienia się z rozrywki w pracę. Chodzi bardziej o dostrzeżenie, jak zmienia się kapitalizm, jakie siły angażuje, także w ujęciu historycznym – o to, jak zmieniają się same kategorie pracy produkcyjnej i nieprodukcyjnej, i o to, że zakres tej pierwszej kategorii być może poszerzył się w drugiej połowie XX wieku. Klasyczni marksiści autonomistyczni co prawda działali jeszcze w epoce państwa opiekuńczego i ich analizy sa zakorzenione w tamtej konfiguracji historycznej. Pewnie trudno byłoby im sobie wyobrazić nasz współczesny system, neoliberalizm osuwający się w feudalizm. Ich teorie były niedoskonałą próbą uchwycenia zjawiska historycznych przemian kapitalizmu, ale zdecydowanie szły w dobrym kierunku.
Interesujące w tym kontekście jest pojęcie ,,potaniania pracy” ukute przez Jasona Moore’a. Opiera się on na szerokiej syntezie feminizmu marksistowskiego i ekofeminizmu i konstruuje spójne ujęcie teoretyczne, pozwalające na włączenie ekologii, antyrasizmu i feminizmu w paradygmat marksistowski. Tania praca to jeden z rodzajów zasobów, jakich kapitalizm sam nie wytwarza, choć zarazem polega na ich dostępności. Praca reprodukcyjna, praca ekosystemów czy zasoby naturalne są zawłaszczane przez kapitał, tak jak praca najemna jest wyzyskiwana.
Kategoria zawłaszczania jest dla krytyki bardzo użyteczna, bo pozwala wpisać różne rodzaje pracy w konflikt klasowy – nie tylko robotnicy, ale również procesy zachodzące w przyrodzie są w konflikcie z kapitałem. Nowsze teorie mocno uwypuklają fakt, że walka klas jest zjawiskiem, które nie ogranicza się do antagonizmów w ramach pracy najemnej. Choć sam Marks poświęcał tym kwestiom mniej uwagi, to nie są one zupełnie nieobecne w jego dziele.
Warto przywołać także pionierskie analizy Róży Luksemburg, która podkreślała, że kapitalizm żywi się swoim zewnętrzem. W jej pismach zewnętrzem tym były niekapitalistyczne gospodarki, które dzięki kolonialnej przemocy zawłaszczano, m.in dla surowców i taniej siły roboczej. Już od Marksa dowiadujemy się, że kolonializm był równie istotny dla powstania kapitalizmu, jak zawłaszczanie ziemi w krajach europejskich. Luksemburg zwracała uwagę, że ten proces jest bezustanny i że bez ,,zewnętrza”, którym może się za darmo karmić, kapitalizm nie jest w stanie funkcjonować. Ta teza została potem rozwinięta przez Immanuela Wallersteina, Davida Harveya, i w pewnym sensie niedawno przez Yanisa Varoufakisa, i można z niej wyciągnąć na podstawie analiz ich wszystkich wniosek, że po wchłonięciu całego globu, kiedy wszelkie zasoby materialne i społeczne zostaną zawłaszczone i zutylizowane, nastąpić musi głęboka transformacja gospodarczo-polityczna, niekoniecznie pozytywna.
Z.J.: Wiele wątków feminizmu operaistycznego, ze swoim wyczuleniem na różne rodzaje opresji i chęcią uzupełnienia rozumienia ucisku klasowego o przemoc na tle rasowym czy płciowym, współgra z koncepcją intersekcjonalności zaproponowaną przez Kimberlé Crenshaw. Intersekcjonalności jednak, jak się wydaje, umyka systemowa krytyka kapitalizmu. Czy feministyczna analiza wyzysku pracy reprodukcyjnej stanowi alternatywę dla myślenia w kategoriach tak zwanej „polityki tożsamości”?
J.B.: Nie przepadam za pojęciem polityki tożsamości, bo często w praktyce to prawicowa pałka do bicia wszystkich, którzy nie pasują mizoginom czy homofobom. Niemniej, intersekcjonalność ma swoje ograniczenia, bo powstała jako narzędzie prawnicze dla walki w sądzie. Przedtem, gdy w USA czarne kobiety chciały pozwać pracodawcę o dyskryminację, musiały wybrać jeden jej powód: płeć lub rasę. Dzięki intersekcjonalnemu podejściu można było wykazać, jak te dwa rodzaje dyskryminacji się łączą i wzmacniają oraz powołać się na to w postępowaniu sądowym. Natomiast takie legalne rozwiązania są zero-jedynkowe i często mogą sprowadzać się do mechanicznego dodawania do siebie gotowych tożsamości.
Osiągnięciem marksizmu autonomistycznego jest to, że udało mu się zerwać z fałszywym podziałem na kwestie gospodarcze i kulturowe. Mało który marksista opowiedziałby się dzisiaj za redukcjonizmem ekonomicznym. Użyteczne w tym kontekście jest rozróżnienie, wprowadzone przez Davida Harveya, między kapitałem a kapitalizmem, czyli pewnym teoretycznym modelem a realnym systemem społecznym. Abstrakcyjny mechanizm akumulacji wartości dodatkowej nie musiałby teoretycznie posługiwać się uprzedzeniami powielanymi przez kulturę. Tylko, że to jest coś w rodzaju platońskiej idei, która nie istnieje w rzeczywistości. Natomiast realny historyczny system wykorzystuje rasizm, patriarchat jak i szereg innych nierówności społecznych w celu maksymalizacji zysków kapitalistów. Wobec tego wszelkie mechanizmy, za pomocą których praca pewnych grup – kobiet czy mieszkańców globalnego Południa – jest dewaluowana, to także element działania kapitalizmu.
Intersekcjonalne analizy były zazwyczaj wrażliwe na kwestie klasowe przy analizie konkretnych przypadków, choć niekoniecznie widać to, kiedy przechodzimy na poziom intersekcjonalności jako teorii. Natomiast perspektywa autonomistyczna lepiej opisuje na poziomie teoretycznym, jak te różne rodzaje ucisku działają razem w ramach systemu kapitalistycznego. Ten splot rasy, klasy, neokolonializmu i płci w tym ujęciu może być wyjaśniony przez historycznie i gospodarczo zakorzenione mechanizmy, które wytwarzają i powielają różne odmiany opresji.
Seksizm i uprzedzenia wobec kobiet przestają być zawieszonymi w próżni, gotowymi kategoriami, jakimi mogły się wydawać w świetle perspektywy intersekcjonalnej. Nie są jednak też jakimiś drugorzędnymi kulturowymi problemami należącymi do nadbudowy i pozostającymi niejako poza relacjami klasowymi, jakby można było je odczytać na gruncie ortodoksyjnego marksizmu. Są to systemowe mechanizmy potaniania pracy kobiet, które związane są ze specyficznym wprzęgnięciem tejże pracy w funkcjonowanie kapitalizmu.

