WSPIERAJ
Menu

Zielona transformacja: dlaczego kapitalizm zawodzi?

Łukasz Ostrowski rozmawia z Brettem Christophersem

Ilustracja: A. Lengyel

Brett Christophers – profesor geografii w Instytucie Badań nad Mieszkalnictwem i Urbanizacją Uniwersytetu w Uppsali. Autor kilku książek, m.in: „Rentier Capitalism: Who Owns the Economy, and Who Pays for It?” oraz „The Price is Wrong: Why Capitalism Won’t Save the Planet”.


Łukasz Ostrowski – Gdy czytamy raporty Międzynarodowej Agencji Energetycznej, dowiadujemy się, że inwestycje w odnawialne źródła energii osiągają rekordowe poziomy każdego roku. Jednak gdy sięgamy po „Emission gap report” Programu Środowiskowego ONZ, czytamy, że świat zmierza ku wzrostowi temperatury o dwa lub trzy stopnie. Połączenie tych dwóch narracji dezorientuje opinię publiczną. Z jednej strony słyszymy o sukcesach zielonej transformacji, z drugiej – o narastających problemach z klimatem. Jak więc powinniśmy postrzegać sytuację na rynku energetycznym?

Brett Christophers – Sądzę, że obie te narracje są prawdziwe. Inwestycje w odnawialne źródła energii rzeczywiście rosną bardzo szybko. Jednocześnie, jeśli wszystko będzie szło dalej tak jak dotychczas, bez wątpienia możemy spodziewać się wzrostu temperatury o 2.5, 3, a być może nawet o więcej stopni. Sądzę, że są dwa wyjaśnienia, dlaczego te ujęcia mogą być jednocześnie trafne.

Po pierwsze, istnieją sektory gospodarki silnie zależne od paliw kopalnych, dla których odnawialne źródła energii (przez które zazwyczaj rozumiemy energię słoneczną i wiatrową) nie stanowią substytutu. Mowa tu o branżach takich jak produkcja cementu, produkcja stali czy lotnictwo.

Po drugie, nawet jeśli skupimy się wyłącznie na sektorze energetycznym – który jest obecnie największym pojedynczym źródłem emisji dwutlenku węgla – dostrzeżemy pewien pozorny paradoks: odnawialna energia rozwija się bardzo szybko, a jednocześnie całkowite emisje z wytwarzania energii elektrycznej rosną. Dzieje się tak, ponieważ produkcja energii elektrycznej z węgla, gazu ziemnego i ropy nadal wzrasta. Jest to spowodowane globalnym, wciąż bardzo szybko wzrastającym zapotrzebowaniem na energię, którego nie zaspokaja dotychczasowy wzrost ilości OZE. Innymi słowy, rozwój OZE do tej pory okazał się być jedynie uzupełnieniem, a nie substytutem dla generacji energii opartej na paliwach kopalnych. Można powiedzieć, że nie jesteśmy teraz w fazie transformacji energetycznej, lecz raczej w okresie dodawania nowej energii.

Może idea postwzrostu jest wobec tego słuszna? Badacze z jej nurtu mówią, że wzrost jest zbyt duży, byśmy mogli nadążyć za inwestycjami w odnawialne źródła energii. 

Mam dużą sympatię do argumentacji postwzrostu, że nieskończony wzrost gospodarczy, a co za tym idzie – nieskończony wzrost zużycia energii, nie może być zrównoważony, niezależnie od sposobu, w jaki tę energię generujemy. Uważam, że błędne jest przeciwne stanowisko, mówiące że jakiekolwiek znaczące rozwiązanie kryzysu klimatycznego może wynikać jedynie ze zmian po stronie podażowej – czyli z budowy większej infrastruktury i odkrycia czystych sposobów napędzania przyszłego wzrostu gospodarczego. Wydaje mi się, że odpowiedź na kryzys środowiskowy i klimatyczny możemy znaleźć tylko, gdy będziemy myśleć zarówno o stronie podaży, jak i o stronie popytu.

Właśnie dlatego uważam, że całe społeczeństwo musi zająć się problemem zużycia energii. Są miejsca na świecie, w których zapotrzebowanie na energię jest znacznie wyższe, niż powinno być według jakiegokolwiek zrównoważonego scenariusza. Najlepszym tego przykładem są Stany Zjednoczone – jeśli spojrzeć na zużycie energii elektrycznej na mieszkańca, w USA jest ono znacznie wyższe niż gdziekolwiek indziej, nawet w Europie.

Problemy pojawiają się, gdy zaczynamy zastanawiać się nad polityczną i ekonomiczną wykonalnością tych koncepcji. Politycznie jesteśmy bardzo daleko od zmiany w kierunku ogólnospołecznego zarządzania, którą postuluje postwzrost. Bardziej prawdopodobne jest, że zmiany nastąpią po stronie podaży niż po stronie popytu.

Czyli bardziej realistyczne jest skupienie się na stronie podaży i próba zwiększenia inwestycji?

Myślę, że tak. Jeśli globalna reakcja na kryzys środowiskowy, w szczególności kryzys klimatyczny, którą obserwowaliśmy przez ostatnie dekady, czegokolwiek nas uczy, to jest to fakt, że konsumenci są bardzo niechętni do rezygnacji z obecnego stylu życia.

Może to wydawać się smutne i niepokojące, ale tak jest. Dlatego, o ile rządy nie zdecydują się racjonować naszej konsumpcji energii – co jest bardzo mało prawdopodobne – bardziej realistycznym podejściem będzie inwestowanie w nową infrastrukturę, a nie próba modyfikowania popytu.

W książce „The price is wrong: why capitalism won’t save the planet” zwracasz uwagę na różne przeszkody dla inwestycji w odnawialne źródła energii, wynikające ze sposobu, w jaki działa kapitalizm. Problem ten wydaje się tak wielowymiarowy, że trudno jednoznacznie określić wyzwanie, przed którym stoimy.

Możemy zacząć od wymienienia kwestii, o których często pisze się w prasie: trudno uzyskać pozwolenie na budowę nowych farm słonecznych i wiatrowych; trudno podłączyć je do sieci; istnieje wiele przeszkód wynikających z wpływu grup interesu, które nie chcą, aby nowa farma wiatrowa powstała w ich otoczeniu, ponieważ mogłaby zniszczyć krajobraz, itd. Wszystko to są prawdziwe problemy. Jednak moja książka stara się pokazać, że są jeszcze inne, naprawdę istotne kwestie, którym nie poświęcono wystarczającej uwagi.

Najważniejsze jest zrozumienie, że w większości miejsc na świecie (nie wszędzie, ale w większości) rządy polegają przede wszystkim na sektorze prywatnym w przeprowadzaniu transformacji energetycznej. Oczywiście, rządy nie są całkowicie bierne – oferują szereg różnych zachęt i mechanizmów wsparcia, aby nakierować sektor prywatny na właściwą ścieżkę. Ale w praktyce, polegając na przedsiębiorstwach kapitalistycznych, które mają budować odnawialne źródła energii, liczymy na to, że zadziała motyw zysku. Problem w tym, że sektor prywatny podejmie działania (chyba że zostanie do tego zmuszony) tylko wtedy, gdy uzna, że oczekiwane zyski spełnią jego wymagania. Stawiając na prywatne przedsiębiorstwa zakładamy też, że będą one w stanie pozyskać niezbędne finansowanie, aby uruchomić projekty, ponieważ większość przedsięwzięć w tej dziedzinie jest finansowana głównie z kredytów. Podmioty prywatne mogą rozwinąć nową farmę słoneczną lub wiatrową tylko wtedy, gdy przekonają bank, że będą w stanie spłacać odsetki od zadłużenia, a w dłuższej perspektywie – spłacić dług. Jak piszę w książce, te ograniczenia finansowe są bardzo istotnym powodem, dla którego często nie udaje się pozyskać środków dla projektów OZE.

Prawdziwy dylemat rządów polega na tym, że z jednej strony chcą one odejścia od paliw kopalnych przy jak najniższych kosztach dla podatników i konsumentów – jak mówią: „Wasze rachunki za energię domową nie wzrosną, a mogą nawet spaść, więc nie ucierpicie.” Z drugiej strony liczą na to, że sektor prywatny uzna te inwestycje za wystarczająco opłacalne, by się ich podjąć. W książce staram się pokazać, że te dwa cele nie są ze sobą kompatybilne. Oczekiwanie, że sektor prywatny osiągnie bardzo wysoki zysk z wytworzenia produktu, trudno pogodzić z dążeniem, aby ten produkt był dostępny dla konsumentów po najniższej możliwej cenie. Dlatego rządy na całym świecie nieustannie próbują znaleźć kompromis między tymi dwoma sprzecznymi celami.

Jak więc pogodzić te dwa cele? Inflation Reduction Act (IRA) Bidena wydawał się być przykładem takiego kompromisu.

Istnieją zasadniczo trzy podejścia. Pierwsze opiera się na argumencie, który wielu mainstreamowych ekonomistów wysuwa od dawna – nie inwestuje się wystarczająco dużo w odnawialne źródła energii, ponieważ ich konkurencyjność ekonomiczna w porównaniu z paliwami kopalnymi jest sztucznie zaniżona. Nadal inwestujemy w paliwa kopalne, ponieważ nie wyceniamy odpowiednio zanieczyszczeń, które one generują dla planety. W klasycznym rozumieniu ekonomicznym gospodarka oparta na paliwach kopalnych wiąże się z szeregiem negatywnych efektów zewnętrznych. Gdybyśmy właściwie wycenili te koszty, np. poprzez podatki węglowe lub inne formy wyceny emisji, odnawialne źródła energii stałyby się znacznie bardziej konkurencyjne.

Oczywiście kraje takie jak Stany Zjednoczone zawsze były bardzo niechętne temu podejściu, ponieważ Amerykanie żyją w społeczeństwie przepełnionym paliwami kopalnymi, używanymi do jazdy samochodami, latania samolotami czy produkcji towarów opakowanych w mnóstwo plastiku. Wprowadzenie znaczących podatków węglowych spowodowałoby ogromną inflację. Koszt codziennego życia opartego na paliwach kopalnych wzrósłby, gdybyśmy zaczęli wyceniać emisje. Dlatego ostatnią rzeczą, jaką jakikolwiek prezydent USA chciałby zrobić, jest wprowadzenie znaczących podatków węglowych – groziłoby to utratą poparcia wyborczego.

Jeśli ta opcja jest wykluczona, kolejną odpowiedzią jest stwierdzenie: jeśli zwroty na poziomie 5, 6 czy 7 % z inwestycji w odnawialne źródła energii nie są wystarczająco wysokie, aby przyciągnąć prywatny kapitał na potrzebną skalę, to sektor publiczny powinien podjąć się tych inwestycji. Nawet jeśli 5-6 % zwrotu nie wystarcza sektorowi prywatnemu, to jest on wystarczający dla sektora publicznego. To właśnie leży u podstaw koncepcji Nowego Zielonego Ładu, według której to rządy powinny przeprowadzić inwestycje w OZE – farma wiatrowa powinna być własnością państwa, które zarządzałoby nią na poziomie krajowym lub lokalnym. Taki model stworzyłby aktywa generujące przychody, dzięki którym państwo mogłoby spłacić długi zaciągnięte na sfinansowanie inwestycji. W pewnym sensie właśnie to ma miejsce w Chinach, gdzie inwestycje w odnawialne źródła energii rosną szybciej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Nie jest przypadkiem, że najszybszy rozwój obserwujemy tam, gdzie inwestycjami kieruje sektor publiczny, a nie prywatny. W Ameryce sytuacja jest inna – nie wygrasz tam wyborów, deklarując rewolucję energetyczną kierowaną przez sektor publiczny. Podobnie jak w innych krajach Zachodu, neoliberalizm skutecznie przekonał Amerykanów, że rząd powinien wydawać jak najmniej i, przede wszystkim, posiadać jak najmniej – a więc, że  sektor prywatny zawsze jest lepszym i bardziej efektywnym właścicielem oraz operatorem infrastruktury.

Po wykluczeniu podatków węglowych i pełnej własności publicznej, pozostają różne formy zachęt rządowych. Stosujemy je, bo przyjmujemy, że przy utrzymaniu niskich cen konsumenckich sektor prywatny – przy innych warunkach nie zmienionych – nie będzie w stanie osiągnąć wystarczających zysków. Udzielane są więc różnego rodzaju subsydia, aby firmy dostrzegły wystarczający potencjał rentowności i zdecydowały się na inwestycje. To właśnie stanowiło sedno IRA – rząd wzmocnił system ulg podatkowych dla energii odnawialnej. Czy to dobre rozwiązanie? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Nie, ponieważ uważam, że istnieją lepsze sposoby na osiągnięcie tego celu. Bogaty kraj, taki jak USA, w którym rząd dysponuje ogromnymi środkami finansowymi, mógłby przeprowadzić te inwestycje sam szybciej, efektywniej i w bardziej skoordynowany sposób, gdyby uznał to za politycznie wykonalne. Ale jeśli wykluczymy tę opcję i pozostaniemy przy sektorze prywatnym, a jednocześnie nie uznamy możliwości wprowadzenia podatków węglowych, to nie widzę innej drogi wyjścia.

Patrząc na kraje Unii Europejskiej, wydaje się, że one również pozostawiają inwestycje w rękach sektora prywatnego, ale otoczenie dla tych inwestycji jest inne. Na przykład wiosną 2024 roku w UE przyjęto reformę rynku energetycznego, ustalającą pewien poziom stałych cen. Ponadto istnieje u nas mechanizm wyceny emisji – system ETS. Przy tym Unia Europejska dokonuje najszybszej dekarbonizacji na świecie, prawda? Jak więc oceniasz europejską politykę w tym zakresie?

W niektórych częściach Europy transformacja w kierunku odnawialnych źródeł energii postępuje – przynajmniej według globalnych standardów – stosunkowo szybko. Jednak nie postępuje ona w tempie wystarczającym według wszelkich rozsądnych szacunków. Są też ważne kraje europejskie, w których tempo zmian jest zdecydowanie zbyt wolne. Na przykład, we Włoszech proces ten przebiega bardzo powoli. Niemcy radziły sobie stosunkowo dobrze jeszcze siedem lub osiem lat temu, a w ostatnich latach nastąpił tam wzrost emisji, m.in. z powodu zamknięcia elektrowni jądrowych i częściowego powrotu do węgla.

Jeśli chodzi o inwestycje energetyczne, system handlu emisjami ETS – w którym można emitować określoną ilość dwutlenku węgla, a jeśli chce się wyemitować więcej, można kupić dodatkowe uprawnienia – okazał się stosunkowo słaby. Wnioski z większości badań pokazują, że nie jest on wystarczająco rygorystyczny, aby stymulować inwestycje w odnawialne źródła energii. Dowodem na to jest fakt, że niemal wszędzie w Europie wciąż potrzebne są dodatkowe mechanizmy zachęcające do inwestycji. Mimo że te mechanizmy zazwyczaj wyglądają inaczej niż w USA, mają ten sam cel – uczynić opcje inwestycyjne wystarczająco atrakcyjnymi, aby pobudzić większe napływy prywatnych środków.

Jak wygląda sytuacja w krajach Globalnego Południa takich jak Indie, Bangladesz? Już trochę mówiłeś o problemie z finansowaniem inwestycji. W książce piszesz, że jest on większy na peryferiach niż na Zachodzie. Dlaczego tak jest?

Przede wszystkim warto zauważyć, że gdy mówimy o tzw. Globalnym Południu, mamy na myśli regiony świata, w których inwestycje w OZE są – pod wieloma względami – ważniejsze i pilniejsze niż w krajach Globalnej Północy. Istnieją dla tego dwa główne powody. Po pierwsze, sektory energetyczne w tych krajach są średnio bardziej zależne od paliw kopalnych niż w krajach Północy. Po drugie, oczekiwany przyszły wzrost zapotrzebowania na energię jest wyższy w tych krajach, co oznacza, że jeśli nie zmienimy istniejącej infrastruktury, szkody wynikające z przyszłych emisji będą nieporównywalnie większe.

Jak wspomniałeś, dekarbonizacja w krajach Globalnego Południa postępuje bardzo powoli. Jednym z głównych tego powodów jest fakt, że pozyskanie środków finansowych niezbędnych do budowy nowej elektrowni słonecznej lub wiatrowej jest tam znacznie trudniejsze niż w krajach Globalnej Północy. Jeśli jesteś przedsiębiorcą budującym elektrownie w Holandii, Szwecji czy Kanadzie, prawdopodobnie możesz udać się do banku i pożyczyć potrzebne środki z oprocentowaniem około 4-5% rocznie.

Jeśli spróbujesz zrobić to samo w Indiach, Bangladeszu, Senegalu, Namibii czy Kostaryce, prawdopodobnie będziesz musiał spodziewać się oprocentowania na poziomie 12-13%. Perspektywa obsługi tak wysokiego zadłużenia sprawia, że projekt staje się nieopłacalny. Często właśnie na tym etapie rozwój projektu OZE upada – nie udaje się pozyskać przystępnego finansowania.

Stąd rodzi się pytanie, dlaczego finansowanie jest o wiele droższe w tych regionach. Sprowadza się to do percepcji ryzyka. Mam przez to na myśli fakt, że gdy bankierzy udzielają pożyczki na jakikolwiek projekt inwestycyjny, decydując o stopie procentowej – czyli koszcie kapitału – kierują się tym, za jak ryzykowną uważają daną inwestycję. Jeśli sądzą, że pożyczkobiorca może nie być w stanie spłacać odsetek lub całego zadłużenia, nakładają wyższą stopę procentową. Nie oznacza to jednak, że inwestycje w odnawialne źródła energii w krajach Globalnego Południa z konieczności bardziej ryzykowne. To raczej postrzeganie ryzyka związanego z gospodarką, polityką i kursem walutowym decyduje o wysokości oprocentowania.

Kto ponosi największą odpowiedzialność za tę sytuację? Kto powinien pomóc krajom Globalnego Południa w finansowaniu odnawialnych źródeł energii?

To jedno z głównych pytań, które pojawiają się na COP-ach, corocznych konferencjach klimatycznych, gdzie kraje Globalnego Południa mówią:
„Wy z Globalnej Północy chcecie, abyśmy dekarbonizowali nasze sektory energetyczne, ale to nie będzie dla nas możliwe dopóty, dopóki firmy nie będą w stanie rozwijać odnawialnych źródeł energii w naszych krajach.”
Mówią więc, że potrzebują finansowej pomocy od bogatszych krajów, które – oczywiście – są odpowiedzialne za niemal wszystkie historyczne emisje dwutlenku węgla. Wydaje mi się, że to stanowisko jest całkowicie uzasadnione. Istnieje wyraźna moralna i ekonomiczna odpowiedzialność tych krajów, aby pomóc. Jednak jeśli politycy krajów Globalnej Północy mają trudności z przekonaniem własnych wyborców, że warto inwestować w odnawialne źródła energii u siebie, to jeszcze trudniej będzie im uzasadnić potrzebę finansowania rozwoju odnawialnych źródeł energii w innych częściach świata.

Na koniec chciałbym porozmawiać o Chinach. W artykule napisanym dla  „Financial Times” przedstawiasz chińską politykę inwestycji w odnawialne źródła energii niemal jako wzór dla Zachodu. W książce jednak zwracasz uwagę również na inne aspekty chińskiej gospodarki. Mówisz, że trwa tam proces liberalizacji rynku energetycznego, który grozi stworzeniem tych samych problemów z rentownością, z jakimi  mamy do czynienia na Zachodzie. Dodatkowo pomimo ogromnych inwestycji w zieloną energię, Chiny nadal masowo inwestują w elektrownie węglowe. Wydaje się, że chińska polityka jest w pewnym sensie sprzeczna.

Przypadek Chin jest rzeczywiście bardzo skomplikowany. Wskazałeś na dwie główne sprzeczności. Pierwsza z nich to napięcie między rolą państwa a rolą sektora prywatnego. Ostatnimi laty Chiny próbują dać procesom rynkowym więcej pola w swoim sektorze energetycznym. Jednocześnie zarówno władze centralne, jak i prowincjonalne nadal odgrywają niesamowicie istotną rolę w napędzaniu inwestycji w tym sektorze. Dlatego zdecydowana większość rozwoju odnawialnych źródeł energii w Chinach odbywa się poprzez państwowe przedsiębiorstwa, finansowane przez państwowe banki. Mimo przechylenia w stronę mechanizmów rynkowych, państwo nadal przyspiesza te inwestycje, czego nie obserwujemy na Zachodzie.

Druga sprzeczność, o której wspominasz, ma charakter środowiskowy. Mimo że Chiny bardzo szybko zwiększają swoje inwestycje w odnawialne źródła energii, nadal uruchamiają nowe kopalnie węgla oraz elektrownie węglowe. Tak więc, choć Chiny są wielkim orędownikiem odnawialnych źródeł energii, są jednocześnie największym inwestorem w nowe moce wytwórcze oparte na węglu. Wydaje mi się, że to zjawisko jest nieco łatwiejsze do zrozumienia. Są dwa powody. Po pierwsze, ogólne zapotrzebowanie na energię w Chinach w ostatniej dekadzie lub dwóch rosło tak szybko, że niezależnie od tempa wzrostu OZE, nadal nie wystarcza ono do zaspokojenia popytu. Po drugie, chociaż odnawialne źródła energii w pewnych aspektach mogą stanowić bezpośredni substytut dla produkcji energii opartej na paliwach kopalnych w sektorze energetycznym, nie są one idealnym zamiennikiem, gdyż charakteryzują się dobrze znaną niestałością. W Chinach wciąż istnieje potrzeba uzyskania dodatkowej, niezawodnej, tzw. mocy bazowej. Magazyny energii dla odnawialnych źródeł nie są jeszcze na tyle rozwinięte, aby mogły całkowicie zaspokoić zapotrzebowanie. W rzeczywistości źródła tego problemu mają duży związek ze zmianami klimatycznymi. Coraz częstsze fale upałów w Chinach osiągające coraz większą skalę, skutkują poważniejszymi suszami, co osłabia produkcję energii hydroelektrycznej, a także zwiększa zapotrzebowanie na klimatyzatory.