
Pozostawić przyrodę samą sobie. Reportaż o polskim ruchu ekologicznym
Tekst: Zuzanna Jędrzejowska, Sonia Burdyna
Ilustracja: Dominik Urbański
Choć kryzys klimatyczny jest od pewnego czasu wszechobecny w publicznej debacie, o innych problemach ekologicznych słyszy się stosunkowo rzadko. Raz na jakiś czas obserwujemy wzburzenie opinii publicznej w reakcji na wysyp medialnych doniesień o kolejnej katastrofie ekologicznej – jak w przypadku masowego śnięcia ryb na Odrze w 2022 roku – po czym temat ginie pod ciężarem nowych afer i emocjonujących newsów. Stan przyrody cyklicznie powraca na 5 minut do nagłówków gazet, by następnie znów zniknąć z nich na długie miesiące. Ekologia nie wychodzi poza margines społecznego zainteresowania, o ile tylko nie jest częścią partyjnych rozgrywek lub pretekstem do rozpętania politycznego skandalu.
Tymczasem aby zrozumieć istotę obecnego kryzysu, zamiast redukować go do zmian klimatu i pojedynczych „katastrof ekologicznych”, powinniśmy patrzeć na te zjawiska jako tylko niektóre z wielu przejawów tego samego, znacznie szerszego i wielowymiarowego problemu. John B. Foster, Brett Clark i Richard York w pracy „The Ecological Rift. Capitalism’s War on the Earth” wyróżniają dziewięć granic planetarnych, których przekroczenie może skutkować zniszczeniem warunków środowiskowych systemu ziemskiego, umożliwiających ludziom bezpieczne istnienie i życie. Wykazują oni, że trzy spośród dziewięciu granic – spadek bioróżnorodności, ilość azotu w biosferze i koncentracja gazów cieplarnianych w atmosferze – zostały już radykalnie przekroczone, natomiast pozostałe, m.in. poziom globalnego zużycia słodkiej wody czy zanieczyszczenia chemicznego, należy traktować w ich obecnej skali jako oznaki „początku nieodwracalnej degradacji środowiska”[1]. Proces ten, w którym na skutek działalności człowieka newralgiczne wskaźniki rosną, a granice planetarne są sukcesywnie przekraczane, autorzy proponują ująć jako pogłębiający się ekologiczny rozłam w relacji ludzi i przyrody.
W obliczu tak intensywnej ingerencji człowieka w środowisko, że traci ono możliwość bieżącej regeneracji, często najlepszym, co możemy zrobić dla poprawy jego stanu, jest pozostawienie przyrody samej sobie, a tym samym umożliwienie jej samoregulacji. Choć nie istnieją już dziś naturalne ekosystemy całkowicie wolne od wpływu działalności człowieka, nie oznacza to, jak zauważa szwedzki geograf Andreas Malm, że góra i centrum handlowe są w takim samym stopniu społecznymi wytworami[2]. Centrum handlowe zostało stworzone od zera przez ludzi w zgodzie z celami prywatnych przedsiębiorstw; góra kształtowała się za to przez miliony lat pod wpływem naturalnych procesów, takich jak erupcje wulkanów czy ruch lodowców. W przeciwieństwie do centrum handlowego, góra wraz z zamieszkującymi ją gatunkami zwierząt i porastającą ją roślinnością, nie jest (jeszcze) w pełni podporządkowana celom kapitału. Biorąc pod uwagę tę różnicę i podkreślając, że na Ziemi nie znajdziemy już dziczy absolutnej, Malm proponuje koncepcję „względnej dziczy” (relative wilderness), zgodnie z którą górę – w zestawieniu z centrum handlowym – możemy uznać za względnie „dziką” przyrodę.
W dobie zakwaszania oceanów, zatruwania gleb i wód toksycznymi substancjami, niszczenia siedlisk wielu gatunków oraz utraty bioróżnorodności, ochrona tych względnie dzikich przestrzeni przed ingerencją wielkich firm i kapitalistycznych państw narodowych – działających często jak przedsiębiorstwa – jest grą o bardzo wysoką stawkę. Ścierając się z gigantami, o ochronę ostatnich obszarów względnej dziczy walczy dziś ruch ekologiczny, istniejący, podobnie jak sama ekologia, na marginesach społecznego zainteresowania. W Polsce składa się na niego wiele niedużych stowarzyszeń i grup nieformalnych, które specjalizują się w walce o niezależność od kapitału państwowego i prywatnego wybranych ekosystemów, m.in. lasów, rzek czy torfowisk. Ponadto, ruch ekologiczny działa też wspólnie z ruchem klimatycznym, z którym łączy go dążenie do transformacji energetycznej i odejścia od paliw kopalnych. Spalanie węgla odgrywa bowiem kluczową rolę nie tylko w globalnym ociepleniu – jego wydobycie przyczynia się również do niszczenia „względnej dziczy” i zabijania ekosystemów.
Aby poznać działania grup składających się na polski ruch ekologiczny i wyzwania, z jakimi się mierzą, porozmawiałyśmy z członkami i członkiniami trzech spośród nich: Inicjatywy Dzikie Karpaty (IDK), Sióstr Rzek związanych z Koalicją Ratujmy Rzeki (KRR) oraz „W Obronie Polesia” (WOP).
Polesie czy Powęgle?[3]
Z punktu widzenia ekologii nie ma wątpliwości, że najlepiej byłoby, gdyby węgiel pozostał w ziemi. Drastycznie spadający obecnie popyt na to paliwo stanowi dodatkowo ekonomiczne wzmocnienie racji środowiskowych.
Na Polesiu walką z węglem zajmuje się grupa „W Obronie Polesia” (WOP). „Bogdanka”, czynna kopalnia węgla kamiennego znajdująca się w tym regionie, jest na tle innych polskich kopalni szczególnie newralgiczna: leży na wyjątkowo cennych przyrodniczo terenach podmokłych, a ponadto jest najbardziej rentowną kopalnią w Polsce, wobec czego władze chcą maksymalnie odwlec w czasie jej zamknięcie (które według obecnych rządowych prognoz ma nastąpić dopiero w 2049 roku) i rozpocząć wydobycie znajdujących się tam nowych, nienaruszonych jeszcze złóż. Spółka Lubelski Węgiel „Bogdanka” jest częścią grupy Enea, w której Skarb Państwa jest większościowym akcjonariuszem. WOP stanowi siłę opozycyjną: dąży do jak najszybszego zatrzymania eksploatacji węgla przez kopalnię i do powstrzymania spółki LW „Bogdanka” od wejścia na nowe złoża.
Głębinowe wydobycie naraża stosunki wodne, pełniące kluczową rolę dla mokradeł, torfowisk, bagien, jezior i rzek, które tworzą lokalny krajobraz. Piotr Chibowski, doktorant biologii na Uniwersytecie Warszawskim, zwraca uwagę, że ,,torfowiska są najbardziej zagrożonym i najszybciej znikającym typem ekosystemu w Polsce i na świecie, więc wiele gatunków z nimi związanych jest rzadkich i zagrożonych wyginięciem”[4]. Badacz dodatkowo podkreśla, że ,,emisje z osuszonych torfowisk stanowią ok. 10% całkowitej emisji dwutlenku węgla z obszaru Polski”[5]. Na Polesiu znajdują się także duże rezerwy wód gruntowych, których podziemne korytarze są naruszane przez kopalnię. Stanowią one jednocześnie strategiczne zasoby wody pitnej całego kraju (m.in. zbiornik 407). W obliczu ocieplenia klimatu i związanych z nim susz oraz pustynnienia, woda, jak mówi Krzysztof, ,,jest [obecnie] cenniejsza niż węgiel”.
Działacze wiedzą, że „Bogdanka” ma duże gospodarcze znaczenie i zapewnia ponad 5 tys. miejsc pracy. Wiedzą jednak także, że węgiel nie jest już motorem wzrostu gospodarczego, popyt na niego spada szybciej niż przewidują prognozy, a Polesie ma szansę obrać inną ścieżkę rozwoju. Przez ostatnią dekadę dziesiątki tysięcy górników straciły już zatrudnienie.
Najlepszym planem dla regionu ma być według działaczy WOP postawienie na dziedzictwo kulturowe i naturalne. Oznaczałoby to rozwój turystyki, rolnictwa ekologicznego i drobnego przetwórstwa. Działacze oczekują, że lokalne samorządy wezmą odpowiedzialność za wdrażanie zielonej transformacji, pozyskując fundusze na bardziej ekologiczne inwestycje, tworzące miejsca pracy dla zatrudnionych w ,,Bogdance”.
Krzysztof Gorczyca, członek WOP, podkreśla, że górnicy mają bardziej uniwersalne wykształcenie i doświadczenie, niż mogłoby się wydawać. Są wśród nich np. elektromonterzy, których umiejętności okazują się przy rozbudowie OZE równie przydatne, jak w kopalni. Może budzić wątpliwości, czy dla górnika ze stabilną posadą, porządną pensją i zintegrowaną społecznością realną alternatywą jest praca w turystyce czy ekorolnictwie – często sezonowa, w mikroprzedsiębiorstwach, na śmieciówkach. Krzysztof mówi jednak jasno, że alternatyw nie ma, bo górnictwo zniknie prędzej czy później, więc transformację należy, także dla dobra pracowników kopalń, rozpocząć jak najszybciej.
Wody Polskie kontra rzeki polskie
Rzeki to aż ⅓ zasobów słodkiej wody w Polsce. Wiele z nich jest obecnie zagrożonych nie tylko przez skutki uboczne zmian klimatu czy działalności gospodarczej, ale także przez szkodliwą politykę wodną instytucji państwowych. Jej twórcy, jak czytamy w Deklaracji Koalicji Ratujmy Rzeki, „pozostają głusi na apele organizacji pozarządowych o potrzebie zaprzestania szeregu szkodliwych działań z zakresu regulacji, zabudowy koryt, przegradzania rzek i melioracji odwadniających ich doliny”. Obecny model zarządzania opiera się na odrzuconym już przez współczesną ekologię podejściu, które kładzie nacisk na zabudowę ekosystemów rzecznych i udrożnianie spływu wody.
Niestety, najnowsze Plany Utrzymania Wód podtrzymują ten sposób gospodarowania. Zakładają one m.in. wycinanie drzew i krzewów, wykaszanie roślin z dna, pogłębianie koryt poprzez usuwanie mułu czy rozbieranie tam bobrowych, nawet przy rzekach na terenie parków narodowych, np. Biebrzy[6]. Tego rodzaju prace zmniejszają ilość siedlisk wielu gatunków i przyspieszają odwadnianie okolicznych terenów. W przypadku newralgicznych stosunków wodnych na Polesiu działania Wód Polskich nie ustępują w niszczeniu natury nawet wydobyciu węgla. Jak twierdzi Chibowski: ,,budowa i uruchomienie kopalni »Bogdanka« stanowi drugą największą, po wielkich projektach melioracyjnych, przyczynę degradacji przyrody”[7]. Te kosztowne inwestycje, poza tym, że niszczą środowisko, stanowią także zagrożenie dla mieszkańców Polski, ponieważ ograniczają naturalne mechanizmy zabezpieczające przed powodziami.
Do niekompetentnych działań Wód Polskich dochodzą duże projekty intensyfikacji transportu śródlądowego. Aby uzasadnić swoje działania, instytucja deklaruje troskę o redukcję emisji gazów cieplarnianych. Zwolennicy budowy dróg wodnych E40 i E70 oraz użeglowania Wisły (z czym bezpośrednio związany był kontrowersyjny pomysł zapory w Siarzewie) argumentują, że transport rzeczny emituje mniej niż drogowy. Jednak zniszczenia ekologiczne, jakie spowodowałyby te inwestycje przez uregulowanie rzek na całej długości drogi, nie są warte przekierowania części dostaw z asfaltu na wodę. Ponadto kolej jest mniej emisyjna i znacznie szybsza. Skąd więc tak zdecydowany nacisk licznych środowisk politycznych na wdrożenie tego rodzaju pomysłów, bezsensownych z punktu widzenia polityki klimatycznej i efektywności transportu? Działaczki i działacze domyślają się, że przyczyną są naciski ze strony branży hydrotechnicznej, która ma wiele do zyskania dzięki tak dużym inwestycjom Skarbu Państwa.
Aktywistki walczą o dostosowanie sposobów utrzymywania rzek i potoków – oraz ich ewentualnych regulacji – do współczesnej wiedzy o ekosystemach rzecznych. Żądają podjęcia na szeroką skalę renaturyzacji cieków, co pozwoli na ochronę walorów przyrodniczych oraz poprawę naturalnej retencji. Dążą także do uwzględniania rzek w planach żeglugi i projektach inwestycyjnych tak, by dostosowywać je do dobrostanu wód.
Puszcze jako fabryki drewna
Poza wycinkami wzdłuż rzek odbywa się wylesianie polskich puszcz. Do świadomości społecznej w ostatnich latach najmocniej przeniknął konflikt między aktywistami i leśnikami w Białowieży. Spór ten miał swój punkt kulminacyjny w 2017 roku i doprowadził rok później do całkowitego sądowego zakazu wycinania drzew w niektórych obszarach lasu. Od tamtej pory Lasy Państwowe bezskutecznie próbowały odwoływać się od decyzji sądu, by wrócić do wycinki ponad stuletnich drzewostanów. Na innych terenach, gdzie nie obowiązują takie ograniczenia, instytucja stara się maksymalnie zwiększyć wolumen sprzedaży drewna. WWF Polska przywołuje wyrok TSUE, według którego „podczas prowadzenia gospodarki leśnej w Polsce nie są przestrzegane wymogi ścisłej ochrony gatunkowej roślin i zwierząt”. Jednakże, według ustaleń Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, dziesiątki nadleśnictw kontynuuje bezprawnie wycinki bez zatwierdzonych Planów Urządzenia Lasu.
Drugim po Białowieży najcenniejszym lasem w Polsce jest zdaniem działaczek IDK Puszcza Karpacka. Charakteryzuje się ona dużą bioróżnorodnością. Ma pozytywną rolę wodochronną, umożliwiając retencję wody i chroniąc przed powodziami mieszkańców Podkarpacia. Mimo tego, las jest systematycznie niszczony przez działania lokalnych nadleśnictw, które traktują go, słowami Michała z IDK, „jak fabrykę drewna”. Duże monokultury, zaburzające charakter naturalnego drzewostanu, są sadzone pod wycinkę, a ciężki sprzęt poważnie narusza glebę. Wycięcia nie unikają nawet tzw. drzewa pomnikowe, czyli najstarsze i największe okazy, absorbujące jednocześnie najwięcej CO2.
W puszczy ponadto nadal dozwolone są polowania. Zarówno samo zabijanie zwierząt, jak i inne praktyki z nim związane, np. dokarmianie wybranych gatunków, ingeruje w naturalne procesy selekcji i zaburza samoregulację różnych populacji. W puszczy rozwijana jest sieć dróg asfaltowych, głównie w celu ułatwienia wywozu drewna. Wiąże się to z dalszymi wycinkami, wzmożeniem ruchu pojazdów oraz silną, trwałą ingerencją w podłoże leśne.
Stanowisko IDK obrazuje żądania wszystkich grup walczących o puszcze. Aktywiści chcą doprowadzić do natychmiastowego wyłączenia spod wycinek najcenniejszych partii lasu, pozbawienia kolejnych terenów funkcji surowcowej i ograniczenia gospodarki łowieckiej. W dalszej perspektywie żądają utworzenia nowych terenów chronionych (np. Turnickiego Parku Narodowego) i powiększenia tych istniejących, w szczególności parku Bieszczadzkiego.
Celem wydzielania terenów chronionych jest oddanie przestrzeni naturze, aby mogła się samoregulować. Wolna od ingerencji podmiotów gospodarczych i aparatu państwowego, sama robi to lepiej niż leśnicy i inni urzędnicy państwowi, którzy w myśl biblijnego nakazu „czyńcie sobie ziemię poddaną”, wierzą (czy też chcą, żebyśmy my wierzyli), że ich kontrola i interwencje są dla przyrody niezbędne. Jak twierdzą Julia i Kacper Szuleccy w artykule ,,Between domestic politics and ecological crises: (De)legitimization of Polish environmentalism”, leśnicy silnie sprzeciwiali się protestom w Białowieży, ponieważ ,,obawiali się, że będą mieli przykład lasu, który może przetrwać samodzielnie[8]”. Zwycięstwo aktywistów mogłoby więc wpłynąć na postrzeganie przez społeczeństwo roli leśników – także w innych puszczach. Autorzy wspominają dalej: ,,jeden z nich powiedział mi nawet: »Białowieża to nasz Stalingrad«”[9].
Od rozpraw do akcji bezpośrednich
W obszarze ekologii bardzo przydatnym narzędziem nacisku jest prawo. Jego umiejętne użycie może zablokować duże inwestycje albo wymusić pożądane działania na korporacjach i organach samorządowych. Sukces w działaniach na rzecz ochrony przyrody na ścieżce prawnej odniosła grupa WOP. Wykorzystała ona fakt, że przyznanie koncesji na wydobycie węgla musi być poprzedzone wieloma decyzjami – dotyczącymi m.in. uwarunkowań środowiskowych – jednak decyzje te często są podejmowane przez urzędy bez dogłębnej ekspertyzy. Aktywiści poddali weryfikacji formalnej jedną z koncesji, co zakończyło się po dwóch latach uchyleniem jej przez GDOŚ. Jak podkreśla Krzysztof Gorczyca, działanie prawne „to bardzo skuteczna droga, ale musi się dziać na bieżąco, kiedy są terminy odwoławcze, kiedy postępowania są prowadzone”. Organizacja ma teraz nadzieję na podważenie innych, poprzednio wydanych koncesji dla ,,Bogdanki”, które również, zdaniem aktywistów, oparte były na niewystarczającej analizie środowiskowej. W tej sprawie prowadzone jest postępowanie. Inicjatywie Dzikie Karpaty udało się za to wprowadzić regulacje dotyczące ograniczenia możliwości wycinki drzew pomnikowych.
Jednocześnie zmagania aktywistów na drodze sądowej pokazują ograniczenia walki z instytucjami państwowymi za pomocą innych instytucji państwowych. Prawo i jego skuteczna egzekucja są często zależne od decyzji politycznych. Przepisy nierzadko tworzone są na zamówienie poszczególnych grup interesu, a nie w celu rozwiązania palących potrzeb mieszkańców Polski. Jeśli zaś ustawodawstwo akurat sprzyja działaczom, bez siły politycznej nie da się ukrócić samowoli silnych organizacji. IDK od czasu wprowadzenia ochrony drzew pomnikowych bezustannie znajduje wycięte okazy. Zdaniem aktywistów nadleśnictwa bezkarnie ignorują przepisy.
Tam jednak, gdzie instytucje odwoławcze i sądy operują mechanizmami egzekwowania swoich decyzji, prawo jako narzędzie walki może być skuteczne – szczególnie, gdy jest wsparte presją społeczną. Strategia taka sprawdziła się np. w przypadku prób zablokowania budowy zapory na Wiśle w Siarzewie, której powstanie – jak argumentowały organizacje ekologiczne oraz Włodzimierz Ciepły, bydgoski Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska (RDOŚ) w 2016 roku – zagrażałoby chronionym obszarom Natura 2000. Plany na budowę zapory przez kilkanaście lat przechodziły przez ścieżkę administracyjną, na której kolejne instytucje wydawały wzajemnie sprzeczne decyzje i komunikaty. Gdy w 2016 roku Ciepły stracił stanowisko dzień po wydaniu negatywnej opinii środowiskowej na temat zapory, mianowano nowego RDOŚ dla Bydgoszczy, który rok później zatwierdził jej budowę.
Koalicja Ratujmy Rzeki złożyła wówczas odwołania od tej decyzji, podkreślając, że jest ona niezgodna z polskim i unijnym prawem. Organizacje wchodzące w skład koalicji argumentowały także, że budowa zapory jest nieracjonalna ekonomicznie, natomiast infrastruktura nie spełniałaby wcale funkcji przeciwpowodziowej, deklarowanej przez zwolenników projektu, a mogłaby wręcz zwiększyć ryzyko powodzi. Niedługo później, gdy Wody Polskie ogłosiły przetarg na pierwsze inwestycje związane z zaporą przed uzyskaniem ostatecznej decyzji środowiskowej, KRR w liście do prezesa WP zażądała wstrzymania procedury przetargowej do czasu wydania decyzji. Jednocześnie, dzięki organizowanym przez grupy takie jak np. Siostry Rzeki akcjom i happeningom, które miały szansę dotrzeć do mediów, temat zapory stawał się coraz głośniejszy. Administracja rządowa poczuła w końcu presję społeczną. W grudniu 2024 roku Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska ostatecznie odmówił wydania decyzji w sprawie zapory. Ponieważ odwołanie od tej decyzji nie jest możliwe, jak podaje gazeta.pl, „de facto oznacza to uniemożliwienie uzyskania zgody na dalszą budowę i upadek projektu”.
Droga prawna może wiązać się jednak z porażką w sądzie albo brakiem reakcji ze strony odpowiednich organów. Aktywiści często stają w obliczu nieobecności odpowiednich przepisów prawnych, na które mogliby się powołać lub niemożności odwołania się do sądu – tak jak to ma miejsce w kontekście bardzo ograniczonej możliwości zaskarżania planów urządzenia lasu. W innych przypadkach procedury prawne są zbyt długotrwałe, by mogły odpowiedzieć na pilną potrzebę zatrzymania wyjątkowo niszczycielskich praktyk.
Z tych względów repertuar aktywistów ekologicznych uległ rozszerzeniu już w latach 90. Wtedy spopularyzowały się w tym środowisku akcje bezpośrednie – okupacje i blokady. Taktyki te przeniknęły do Polski z Zachodu, skąd od okresu transformacji ustrojowej działacze podpatrują często wypracowane modele aktywizmu..
Jak o obozowiskach działaczek blokujących wówczas powstawanie dróg w Wielkiej Brytanii piszą Phil Macnaghten i John Urry: ,,takie protesty mają złożoną prehistorię od wolnych festiwali lat 60. XX wieku, po punk z lat 70. i kulturę rave lat 80. i 90.”9. Ich pojawienie się autorzy utożsamiali z utratą wiary w konwencjonalne, ugruntowane organizacje ekologiczne, których ,,profesjonalizm i rosnący elitaryzm” sprawiał, że wśród radykalnego skrzydła uchodziły ,,za wchłonięte przez państwo”10.
Do naszego kraju na przełomie wieków wkroczyły duże międzynarodowe organizacje pozarządowe, takie jak Greenpeace i WWF, tworząc sieci wymiany międzynarodowej. Podobnie działacze radykalni utrzymują kontakty, obserwują swoje wzajemne działania i organizują spotkania, dzięki którym współpraca transnarodowa się intensyfikuje. Dlatego mimo różnic między państwami środowiska ekologiczne – te konwencjonalne i te radykalne – mają swoje odpowiedniki i posługują się podobnym językiem oraz metodami. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie Extinction Rebellion, mającej swoje komórki na całym świecie, albo sieci A22, do której należą m.in. Just Stop Oil i Ostatnie Pokolenie. Dzięki temu działaczki i działacze wymieniają się metodami protestu, w tym sposobami na skuteczne i bezpieczne przeprowadzenie blokad drogowych czy okupacji leśnych.
Ostatnio w Polsce o akcjach bezpośrednich było głośno przede wszystkim w czasie licznych protestów i trzech trwałych blokad w Białowieży, w 2017 r. Od tamtego czasu funkcjonowały też inne podobne leśne obozowiska. Przez półtora roku na przełomie 2021 i 2022 r. w Bieszczadach okupację terenu przeznaczonego do wycinki prowadził Kolektyw Wilczyce. W 2023 r. z kolei zakończyła się trwająca ponad 800 dni blokada wycinki projektowanego Turnickiego Parku Narodowego, organizowana przez IDK i Extinction Rebellion Kraków.
Podczas akcji działacze zagradzają drogę kłodami i szałasami, a na drzewach podwieszają tzw. skypody – niewielkie namioty albo instalują domki na drzewach. Dzięki temu leśnicy i policjanci nie mogą ich łatwo wypędzić – ryzykowaliby uszkodzeniem instalacji, które mogłoby doprowadzić do spadku z dużej wysokości jednego z protestujących. Osoby aktywistyczne własnym ciałem chronią więc przyrodę, uwalniając okoliczną przestrzeń od warkotu pił i silników.
Zazwyczaj blokady kończą się siłową ewikcją przez funkcjonariuszy policji. W międzyczasie potrafią wzbudzić jednak ogromne zainteresowanie mediów i polityków. Blokada IDK osiągnęła częściowo swój cel – wycinki wstrzymano, a teren objęto moratorium Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Blokady aktywistek z Białowieży także miały niebagatelny wpływ na opinię publiczną i przyspieszenie wydania sądowego zakazu wycinki.
Działaczki i działacze regularnie wędrują także po puszczach w ramach ,,patroli obywatelskich”, podczas których monitorują działania Lasów Państwowych i myśliwych. Dzięki temu na bieżąco zbierają informacje i nie muszą polegać na oficjalnych informacjach podawanych przez nadleśnictwa. Robią także wizje lokalne z ekspertami oraz urzędnikami, żeby wskazywać nieprawidłowości i łamanie przepisów.
Powiatowi baronowie
Zarówno górnicy, jak i mieszkańcy cennych przyrodniczo terenów mają znacznie większą świadomość ekologiczną, niż można by przypuszczać na podstawie narracji o zacofanym, zamkniętym na zmiany polskim społeczeństwie. Z naszych rozmów z działaczkami i działaczami wyłonił się jednak obraz siły reakcyjnej względem ruchu na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Prawdziwym problemem okazują się lokalne, branżowe układy władzy na pograniczu administracji państwowej i biznesu.
Taką pozycję na Podkarpaciu i na Podlasiu wypracowały sobie Lasy Państwowe. Ich działania wykazują zarówno zachłanność w eksploatacji przyrody, jak i skorumpowanie biurokracji państwowej. Skalę nieprawidłowości w funkcjonowaniu tej instytucji potwierdził raport Najwyższej Izby Kontroli, wskazujący na zjawiska takie jak nepotyzm, finansowanie politycznych wydarzeń i publikacji czy milionowe dotacje na projekty mające w głównej mierze poprawę wizerunku spółki. NIK wielokrotnie wskazywał na ich niegospodarność, podejrzenia zgłaszając również do CBA. Ministerstwo Klimatu i Środowiska ma nad przedsiębiorstwem właściwie tylko formalne zwierzchnictwo, brakuje odpowiednich narzędzi nadzoru.
Jednym ze sposobów budowania lokalnego autorytetu przez Lasy Państwowe jest dofinansowywanie inwestycji samorządowych, głównie budowy dróg. Pomaga w tym także zasiadanie przez leśników w radach gmin albo wydawanie pozwoleń na prywatne wycinki. Wielu z nich piastuje swoje stanowiska przez całe dekady i dzięki przychylności lokalnej społeczności może skutecznie blokować poszerzanie terenów objętych ochroną.
Samorządy są też w dużym stopniu odpowiedzialne za nieufny stosunek poleskich górników do wygaszania wydobycia. Lubelscy politycy do tej pory prawie całkowicie ignorowali nieuchronną perspektywę odejścia od węgla, krytykując plany zamknięcia kopalń do 2049 r. Nie udało im się pozyskać znaczących środków z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, ponieważ złożony przez nich projekt nie spełniał wymogów polityki klimatycznej UE. Krzysztof, działacz WOP, zaznacza, że samorządowcy do tej pory nie przygotowali też planów rozwoju alternatywnych branż, podczas gdy Wielkopolska i Śląsk zdołały rozpocząć w tym kierunku szereg projektów. Samorządowcy z Polesia powtarzali natomiast podsycane przez czołowych polityków prawicy fantazje o świetlanej przyszłości tego sektora. ,,Węgiel i nowoczesne górnictwo to przyszłość Polski” – mówili, a lokalni urzędnicy, jak wspomina Krzysztof, wtórowali im: ,,Nie urodził się jeszcze ostatni górnik!”. Krzysztof nie ma jednak złudzeń, że ostatni górnicy pracują już w kopalniach.
Autokracja środowiskowa
Zagrożeniem dla przyrody okazuje się także sama struktura administracji rządowej, zajmującej się (teoretycznie) ochroną środowiska. To premier powołuje Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska (którego może także odwołać), ten zaś powołuje (i odwołuje) Regionalnych Dyrektorów Ochrony Środowiska. Taka struktura z jednej strony pozwala prowadzić spójną politykę rządową, z drugiej jednak sprawia, że władza w zakresie ochrony środowiska jest w pełni uzależniona od premiera. Wydaje się to szczególnie niebezpieczne, gdy chodzi o przyrodę, której – jeśli lokalne społeczności pozostają bierne – nie broni nikt poza ruchami ekologicznymi.
Czy aparat państwa, działający jak przedsiębiorstwo, jest w ogóle zdolny do przeciwstawienia się naciskom potężnych lobby, zwalczenia korupcji i nepotyzmu oraz do rezygnacji z eksploatacji dzikiej przyrody? Nawet przy wprowadzeniu odpowiednich regulacji prawnych możemy się spodziewać, że jeśli sankcje nie będą konsekwentnie egzekwowane i wystarczająco wysokie, łamanie prawa ekologicznego zostanie raczej „wpisane w koszty” przez państwa i prywatne przedsiębiorstwa. Dlatego niezbędne jest zaangażowanie ruchów ekologicznych, które – jak widzimy – są w stanie, przynajmniej do pewnego stopnia, chronić „względną dzicz” poprzez monitorowanie działań aparatu państwowego, prawne interwencje wsparte presją społeczną oraz akcję bezpośrednią.
Zuzanna Jędrzejowska – Członkini redakcji. Absolwentka Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, działaczka Warszawskiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej i Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, wolontariuszka Otwartego Jazdowa.
Sonia Burdyna – Członkini redakcji. Absolwentka Wydziału Filozofii oraz Instytutu Kultury Polskiej na UW, obecnie studentka Wydziału Socjologii. Działaczka OZZ Inicjatywa Pracownicza.

[1] John Bellamy Foster, Brett Clark, Richard York, The Ecological Rift. Capitalism’s War on the Earth, Monthly Review Press, Nowy Jork 2010 (e-book).
[2] Andreas Malm, In Wildness Is the Liberation of the World: On Maroon Ecology and Partisan Nature, “Historical Materialism” 26.3, 2018, s. 3-37.
[3]Polesie czy powęgle?, Towarzystwo dla Natury i Człowieka, Lublin 2023
[4] Piotr Chibowski, Eksploatacja złóż węgla a najcenniejsze środowiska przyrodnicze Polesia, w: Polesie czy powęgle?, Towarzystwo dla Natury i Człowieka, Lublin 2023, s. 16.
[5] Tamże.
[6] Centrum Ochrony Mokradeł, protest wobec Planom Utrzymania Wód, https://bagna.pl/images/wazne_pdfy/uwagi_CMok_w_ramach_konsultacji_PUW_-_podpisane.pdf?fbclid=IwY2xjawIIiTZleHRuA2FlbQIxMAABHRiX79GlkR7yoku4A5vhjq5rm-hTWicX54xZmSvAJvYlZvsGqsvhUDif_w_aem_6udvBUHZB8DgXcdqG7tvCw
[7] Piotr Chibowski, Eksploatacja złóż węgla a najcenniejsze środowiska przyrodnicze Polesia, w: Polesie czy powęgle?, Towarzystwo dla Natury i Człowieka, Lublin 2023, s. 19.
[8] Julia Szulecka, Kacper Szulecki, Between domestic politics and ecological crises: (De)legitimization of Polish environmentalism, 2019
[9] tamże

