
Lewica na rozdrożu: narodowy etatyzm czy demokratyczny socjalizm?
Tekst: Łukasz Ostrowski
Na polskiej lewicy utarło się mówienie o III RP jako „montowni Zachodu” i „peryferiach kapitalizmu”. Ta perspektywa naturalnie skłaniała polskich socjaldemokratów, aby doszukiwać się rozwiązania problemu nierówności klasowych w staraniach o dołączenie Polski do czołówki najsilniejszych państw kapitalistycznych. Kurs ideowy całej lewicy nie zmienił się więc od czasów Leszka Millera – polscy socjaldemokraci nie są i nie potrafią być głosem ruchów społecznych, wolą przedstawiać się jako skuteczni i odpowiedzialni administratorzy kapitalistycznej modernizacji. Priorytety polityki narodowo-etatystycznej – stymulowanie inwestycji w strategicznych sektorach i budowanie polskiego kapitału – wciąż mylą się polskiej lewicy z emancypacją społeczną.
Myślenie o III RP jako o państwie peryferyjnym jest jednak coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Niedługo PKB kraju przebije granicę 1 biliona dolarów PKB, zbliżając Polskę coraz bliżej głównej ligi międzynarodowej konkurencji. Również orientacje ideologiczne polskich elit politycznych zmieniają się na naszych oczach i zbliżają się do zachodnich wzorców – jeszcze w 2016 roku dominował sentyment wyrażony przez Mateusza Morawieckiego w „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”: trzeba wyprowadzić Polskę z peryferii europejskiego kapitalizmu. Obecnie przekaz się zmienia: Polska już jest wielka, musimy tylko zacząć upominać się o swoje. Politycy centrum wyraźnie zmieniają kurs – dalszy rozwój polskiego kapitalizmu coraz rzadziej łączy się z retoryką liberalną, integracyjną, uniwersalistyczną, coraz częściej współgra za to z gospodarczym egoizmem i podsycaniem nacjonalistycznych sentymentów. Na pierwszym wiecu swojej kampanii wyborczej Rafał Trzaskowski ogłosił „koniec ery naiwnej globalizacji”. Przewodnią ideą jest dla niego odtąd budowa ekspansywnego przemysłu.
Jednocześnie – pod wpływem nastroju wojennego, wynikającego z agresji Rosji na Ukrainę – odkładane na bok są wszelkie koncepcje niepraktyczne i idealistyczne, takie jak walka z globalnym ociepleniem. Miejsce jedynej racji dla polityki publicznej zajmuje rozwój potencjału militarnego i gospodarczego Polski. Stąd ponadpartyjny konsensus w sprawie budowy megalotniska w Baranowie – projektu za 130 miliardów złotych, łączącego funkcję hubu logistycznego dla międzynarodowego kapitału i infrastruktury transportowej dla klas wyższych (superszybkie pociągi i międzykontynentalne podróże). Polska prawica od początku uzasadniała budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego potrzebą wzmocnienia pozycji Polski w międzynarodowej konkurencji gospodarczej. Jak mówił Mateusz Morawiecki, budowa CPK jest konieczna, aby przyciągnąć do kraju więcej inwestycji, bo „dzisiaj wszyscy Polacy wiedzą, że o nowe miejsca pracy toczy się bój na całym świecie”. Do ruchu poparcia dla projektu dołączył także klub parlamentarny Lewicy. Jak argumentowała Anna Maria Żukowska, megalotnisko jest nam potrzebne, bo możemy przez nie przerzucać broń w razie ataku Rosji. Ostatecznie CPK zyskało również poparcie Platformy Obywatelskiej.
Retoryka międzynarodowej rywalizacji wyparła również idealizm obecny wcześniej w Partii Razem. Adrian Zadberg, który na początku swojej kariery głosił hasło „rozbudzenia energii 21 postulatów Solidarności”, obecnie argumentuje za interwencją państwa, która ma uchronić Stary Kontynent przed utratą potęgi gospodarczej. Europa, jak mówił polityk socjaldemokracji podczas inauguracji swojej kampanii prezydenckiej, jest starą potęgą, wygryzaną z rynku przez obce mocarstwa. Demokratyzacja życia społecznego przestaje być priorytetem w dyskursie Zandberga, stają się nim za to strategiczne inwestycje w atom, zdolne zapewnić Polsce „długotrwałą konkurencyjność gospodarczą”.
Możemy się spodziewać, że ten narodowo-etatystyczny zwrot trwale zmieni ideologiczny krajobraz polskiej polityki. Wiąże się z tym niedostrzeżona dotychczas szansa dla lewicy. W zgodzie z tym, co w 1992 roku przewidział niemiecki politolog Herbert Kitschelt, w krajach dawnego Bloku Wschodniego z początku aspiracje wolnościowe wiązały się z pozycjami prorynkowymi, a miejsce dla kontestacji kapitalizmu zajęły ruchy nacjonalistyczne i autokratyczne[1] – prawidłowość ta dotyczyła zarówno Polski, jak i Czech, Słowacji, Rumunii czy Bułgariii. Europa Wschodnia zatoczyła więc swoiste koło od końca XIX wieku, kiedy nieufność do rynku, jak zauważa Kitschelt, również współgrała z głęboko konserwatywnymi ideologiami. Jednak w momencie, w którym kapitalizm – wraz z właściwą mu hierarchią i dystrybucją zasobów – staje się nowym status quo, pozycje prorynkowe zaczynają, jak na Zachodzie, coraz częściej łączyć się z postawami antydemokratycznymi i konserwatywnymi. Wtedy też może powstać przestrzeń dla partii wolnościowej lewicy, propagujących zarówno wzrost partycypacji społeczno-obywatelskiej, jak i krytykę rynkowej dystrybucji zasobów.
Na razie, w warunkach nastroju wojennego, przestrzeń publiczna wydaje się zamknięta na postulaty demokratyzacyjne. Strategia marginalnych partii nie może jednak polegać na dostosowywaniu się do dominujących nastrojów. Jedyną szansą dla lewicy jest wypatrywanie pęknięć w konsensusie społecznym i przygotowywanie strategii na nadejście okresu protestów. Wojna za wschodnią granicą, z towarzyszącym jej nastrojem patriotycznej dyscypliny i trwożnej miłości do państwa w końcu minie. Możemy się prędzej czy później spodziewać powrotu okresu kontestacji, podobnego do ogólnopolskiej fali Czarnych Protestów z 2021 roku. Aspiracje ruchów społecznych mogą pokrywać się z polityką etatystyczną – np. zwiększeniem nakładów na NFZ – ale uczucie, które wyprowadza pół miliona ludzi na ulicę jest silniejsze niż pragnienie posiadania lepszej opieki dentystycznej. Jeśli w takim momencie środowiska lewicowe będą miały do zaoferowania obywatelom technokratyczny program wielkiego państwa, okażą się niezdolne nawiązać jakichkolwiek relacji z ruchami społecznymi, a tym bardziej przekierować masowe wystąpienia w stronę żądań socjalnych.
Hegemonia neoschumpeterianizmu
Skoro narodowy etatyzm nie sprawdzi się jako wyraz dążeń ruchów społecznych, do czego lewica powinna wrócić? Żeby na to odpowiedzieć, trzeba zrozumieć przewartościowanie, jakie dokonało się w programach socjaldemokracji w latach 80. i 90. To wtedy idee walki klasowej o podział dochodu i demokratyzacji przedsiębiorstw (szczególnie rozbudzone w latach 70.[2]) zostały wyparte przez nurt, który można określić jako lewicowy schumpeterianizm. Joseph Schumpeter uważał, że największą zaletą kapitalizmu jest przyspieszanie postępu technicznego dzięki przedsiębiorstwom poszukującym monopolistycznych zysków ze sprzedaży innowacyjnych produktów. W zgodzie z tą ideą w latach 90. zredefiniowano priorytety socjaldemokracji.
Cele lewicy w XXI wieku często redukuje się do walki z rynkiem o więcej interwencji państwa. Jednak nowa prokapitalistyczna socjaldemokracja, której założenia najlepiej wyraził „Manifest Trzeciej Drogi” Tony’ego Blaira i Gerharda Schrödera, nie była antyetatystyczna. Jej liderzy nie postulowali redukcji państwa do minimum, ale zmianę funkcji polityki publicznej – ze stabilizowania pozycji pracowników na rynku na stymulowanie większej innowacyjności i mobilności. Jak czytamy w manifeście: „Nowocześni socjaldemokraci nie są leseferystycznymi neo-liberałami. Elastyczne rynki muszą zostać uzupełnione przez pomyślaną na nowo aktywność państwa. Najwyższym priorytetem są dla nas inwestycje w kapitał ludzki i społeczny”.
Neoschumpeterianizm jest jednak u podstaw niezgodny z dążeniami do demokratyzacji gospodarczej. Widać to na poziomie konstrukcji wskaźników w tym nurcie ekonomii – kluczowa w nim miara innowacyjności opiera na ilości niszczonych i powstających miejsc pracy na danym rynku[3]. Im większa dynamika, tym większa innowacyjność. Demokratyzacja gospodarcza, która z istoty wymaga zwiększenia uprawnień pracowników, a nie uelastycznienia stosunków pracy, wydaje się więc nie do pogodzenia z wizją postępu opartą na kreatywnej destrukcji. Inspirowana trzecią drogą socjaldemokracja nie walczy o władzę po to, aby wzmocnić pozycję pracy w przedsiębiorstwach, ale po to, by wzmocnić pozycję przedsiębiorstw na międzynarodowych rynkach – przez strategiczne partnerstwa publiczno-prywatne, stymulowanie współpracy biznesu z uniwersytetem czy przez tworzenie zasobów wykwalifikowanej siły roboczej. Źródłem postępu społecznego ma być dobrobyt wynikający z ekspansji innowacyjnych korporacji.
Schumpeteriański etatyzm, który obecnie odkrywają polskie elity polityczne, nie jest też obcy głównemu nurtowi europejskiego liberalizmu. W rzeczywistości europejska myśl gospodarcza nawet w latach 90. nie opierała się na oderwanym od rzeczywistości leseferyzmie. Jak pokazuje Bastian van Apeldoorn, kluczowe dla ideologii integracji europejskiej pod koniec XX wieku było wszechobejmujące pojęcie konkurencyjności, promowane przez silną grupę lobbingową European Round Table for Industry[4]. Termin ten był na tyle wieloznaczny, że służył jako hegemoniczne hasło, łączące idee socjaldemokratyczne, merkantylistyczne i neoliberalne – zarówno postulaty uelastyczniania rynków pracy, budowy lepiej płatnych miejsc pracy, inwestycji w kapitał ludzki i infrastrukturę, jak i wsparcia kluczowych sektorów europejskiego przemysłu. Europejska socjaldemokracja uległa tej nowej hegemonii, akceptując zrównanie interesu wiodących europejskich korporacji z interesem całego społeczeństwa.
Niewykluczone, że ten nurt – budowa socjaldemokracji pod hegemonicznym hasłem zwiększania konkurencyjności – zadowala ambicje polskiej lewicy. Wszakże nawet socjaliści darzący głęboką niechęcią Blaira przyznają jego Nowej Partii Pracy pewne sukcesy w walce z biedą, która powstała w okresie Thatcheryzmu[5].
Wybierając taką drogę, lewica nie tylko porzuca jednak wszelkie ambicje demokratyzacyjne, ale także ogranicza zakres swojego programu do interesów klas średnich. To nieprzypadkowo klasy profesjonalistów coraz częściej, kosztem robotników i pracowników usługowych, zaczęły głosować na lewicę w okresie dominacji programu Trzeciej Drogi[6]. Nie powinno nas dziwić, że technokratyczne idee innowacyjności i konkurencyjności trafiają przede wszystkim do wykwalifikowanych specjalistów. Kluczowym argumentem, jakim posługują się schumpeterianiści – tacy jak Phillip Aghion – aby godzić „kreatywną destrukcję” innowacyjnych korporacji oraz interes klas pracowniczych, jest możliwość awansu dla robotników w gospodarce, w której powstaje dużo startupów. Wydźwięk polityczny neoschumpeterianizmu oscyluje więc między miękkim nacjonalizmem (chcemy potężnej Europy, bo tylko ona walczy o prawa człowieka i „model społeczny”) a klasycznym liberalizmem (obietnica awansu, jaką dają konkurencyjne rynki).
Etatyzm przeciwko masowej polityce
W wyniku porzucenia ideałów demokratyzacji gospodarczej, znikł optymizm powojennej myśli ekonomicznej. Dziś zwiększenie roli państwa w gospodarce argumentuje się coraz częściej groźbami utraty globalnej pozycji Europy, ograniczenia suwerenności narodowej, czyhającej na nas „pułapki średniego dochodu” oraz nadciągających fal chińskich towarów. Dominujący obecnie narodowy etatyzm ze swoją geopolityczną orientacją sprzyja polityce ekspertów i silnych liderów, marginalizując całkowicie rolę ruchów masowych.
Nie było tak zawsze. W latach 60. laureat ekonomicznego nobla i czołowy myśliciel socjaldemokracji Gunnar Myrdal zwracał uwagę na postępującą w państwach dobrobytu demokratyzację życia gospodarczego[7].
Jego zdaniem nowoczesne państwa dobrobytu stawały się w coraz większym stopniu gospodarkami planowymi dzięki ścisłej kontroli banków i korporacji przez państwo, opinię publiczną oraz organizacje społeczeństwa obywatelskiego. Wprowadzanie w życie gospodarki planowej – dziś kojarzonej z autorytarnym systemem nakazowo-rozdzielczym – w krajach demokratycznych nie sprowadzało się, zdaniem Myrdala, do rozrostu państwa. Przeciwnie – utrzymująca się wciąż potrzeba interwencji była jego zdaniem wynikiem niedorozwoju planowania w europejskich demokracjach. Stworzenie i realizacja planu wymaga wysiłku koordynacji działań podmiotów gospodarczych i aktywnego udziału obywateli w podejmowaniu decyzji. Innymi słowy: stworzenia systemu, w którym relacje społeczne będą w coraz większym stopniu kształtowane przez ludzi samodzielnie. Zdaniem Myrdala budowa prawdziwego państwa dobrobytu oznaczałaby wcielenie w życie oświeceniowych ideałów, które zadowoliłyby zarówno Karola Marksa, jak i Johna Stuarta Milla.
Myrdal nie uważał oczywiście, że ideał ten został urzeczywistniony. Jak pisał w pracy „Beyond the Welfare State”: „państwo dobrobytu nigdzie nie zostało, dotychczas, w pełni zrealizowane; jest za to wciąż w procesie powstawania”. Zwracał za to uwagę na utrzymujące się wciąż zagrożenie koncentracji wpływów politycznych, na egoizm i nacjonalizm państw dobrobytu oraz na ryzyko inflacji wynikające z nieskoordynowanych negocjacji płacowych. Przestrzegał także przed biurokratyzacją instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Spadek partycypacji obywateli był ciągłym zagrożeniem dla projektu socjaldemokratycznego, którego realizacja wymagała prowadzenia bezustannych aktywności edukacyjnych i organizacyjnych.
W wizji Myrdala postęp społeczny był więc przede wszystkim wyzwaniem masowej mobilizacji. Koncepcja zmiany społecznej wiodących współczesnych lewicowych etatystów jest zupełnie inna. Zdaniem Mariany Mazzucato, autorki głośnej książki „Przedsiębiorcze państwo”, powojenna, keynesistowska lewica była zbyt skupiona na stabilności społecznej, poświęcając zbyt mało uwagi innowacyjnym korporacjom, które jej zdaniem są głównym źródłem bogactwa narodów. Jak pisze ekonomistka, socjaldemokratom „brakowało strategii wzrostu gospodarczego, zapewniającej tworzenie i jednoczesną redystrybucję bogactwa”[8]. Według Mazzucato keynesizm, zbyt skupiony na utrzymaniu stabilności makroekonomicznej, potrzebuje schumpeteriańskiej korekty, czyli uwzględnienia kluczowej dla wzrostu „kreatywnej destrukcji”. Przykład sukcesu, jaki na obronę silnego państwa przywołuje Mazzucato, to owocna współpraca amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego z korporacją Apple, która umożliwiła wynalezienie Iphone’a.
Książka Mazzucato pokazuje, jak dalekie są ideały współczesnych techno-etatystów od wizji Myrdala. Dla niego obrazem postępu była możliwość uzgodnienia przez lokalną wspólnotę godzin otwarcia sklepów, dla Mazzucato jest nią wyposażenie konsumentów w smartfony i słuchawki z bluetoothem. Co jednak ważniejsze, porównanie to obrazuje, jak głęboko niedemokratyczna i oderwana od ruchów masowych stała się myśl etatystyczna, dla której receptą na rozwiązanie problemów społecznych jest współpraca biznesu i państwa.
Mocniejsze strony narracji Mazzucato możemy odnaleźć tam, gdzie ekonomistka dotyka kwestii znaczenia państw w polityce klimatycznej. Jak zauważa – państwa odegrały kluczową rolę jako „cierpliwi” inwestorzy, będący w stanie zapewnić środki na rozwój niepewnych technologii zielonej energii. Jednak ostatecznie polityka gospodarcza w jej perspektywie służyć ma rozwojowi wiodących przedsiębiorstw i budowaniu potencjału narodowej gospodarki. Koncepcja Mazzucato wydaje się nie na miejscu w obliczu katastrofy klimatycznej – obecnie bardziej priorytetowe od budowania globalnej pozycji zielonych przemysłów jest przeprowadzenie koordynowanej międzynarodowo transformacji energetycznej. Kluczowe jest wsparcie w tym procesie krajów Globalnego Południa, a nie wzmacnianie przewagi przemysłowej Północy. Ważniejsza jest koordynacja i przepływ technologii między krajami, a nie walka o przewodnią pozycję na „granicy technologicznej”.
Różnicę między narodowym etatyzmem a demokratycznym socjalizmem w kwestii klimatu unaocznia zmiana, jaka dokonała się w brytyjskiej Partii Pracy po odzyskaniu władzy przez partyjną prawicę. W manifeście socjalisty Jeremy’ego Corbyna powodzenie zielonej transformacji było przedstawione jako wyzwanie zarówno polityki wewnętrznej – budowy setek tysięcy miejsc pracy w ekologicznych sektorach – jak i międzynarodowej, w postaci wsparcia Krajów Globalnego Południa w finansowaniu zielonych inwestycji. Prawica laburzystowska po zwycięstwie Keira Starmera wymazała z manifestu wszelkie elementy internacjonalistyczne. Zastąpiły je argument o konieczności mobilizacji wojennej (zielone inwestycje jako gwarant suwerenności energetycznej) oraz nacjonalistyczne hasło „Make Britain a green energy superpower” [Uczyńmy Wielką Brytanię potęgą zielonej energii].
Dlaczego współczesny etatyzm jest szkodliwy dla lewicy?
Narodowo etatystyczna ideologia dominuje dziś zarówno w agendzie Komisji Europejskiej, książkach neoschumpeteriańskich ekonomistów, ekspertyzach doradców ekonomicznych zachodniej centrolewicy, jak i w myśli państwowej polskiej skrajnej prawicy (czego wyrazem jest wspomniana „Strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” Mateusza Morawieckiego). Wszystkie te nurty są jednak tak samo odległe od ideałów demokratycznego socjalizmu. Reprezentują one wizję świata ekspertów i umieszczają tę grupę w awangardzie postępu społecznego. Łączy je też skrajnie hierarchiczna wizja uprawiania polityki – jeśli przeprowadzają one reformy, te w niczym nie przypominają mobilizacyjnej strategii lewicy, znanej z XX wieku, skupionej w pierwszej kolejności na zwiększaniu praw pracownika i obywatela.
Wracając do myśli wyrażonej na początku: sukces wyborczy socjaldemokracji w Polsce jest niewyobrażalny bez poprzedzającej go fali mobilizacji społecznych. Przesunięcie na lewo polityki w ostatniej dekadzie miało miejsce w krajach, przez które przetoczyły się masowe wystąpienia społeczne – USA, Francja, Anglia, Hiszpania, Grecja. Tym bardziej wciąż wychylona na prawo Polska nie zmieni się bez oddolnej aktywności organizacyjnej, motywowanej kwestiami ekologicznymi, feministycznymi lub ekonomicznymi (kluczową rolę ruchów dla przyszłości polskiej polityki uświadamia bezprecedensowy wpływ na opinię publiczną Czarnych Protestów z 2021 roku). Innymi słowy: jeśli ktoś na lewicy nie wierzy w możliwość powrotu ruchów społecznych na scenę polskiej polityki, lepiej aby zrezygnował z ambicji politycznych.
Trzeba więc zadać sobie pytanie: jakie postulaty motywują ludzi do wychodzenia na ulice, okupowania fabryk, uniwersytetów, placów? Czy z dostępnych nam obserwacji przeszłych walk społecznych możemy wywnioskować, że w takiej roli mogą sprawdzić się projekty megalotnisk, elektrowni atomowych, polskiego czatu GPT? Pytanie jest oczywiście retoryczne. Co więcej, trzeba spytać, czy z programem wielkiego państwa lewica jest w stanie pozyskać zaufanie ruchów społecznych. Sądzę, że jeśli socjaldemokracja utrzyma etatystyczną linię, będziemy raczej świadkami dalszej realizacji scenariusza, przed którym proroczo przestrzegał Myrdal – stawiając na interwencjonizm, lewica obróci przeciwko sobie „ludową niechęć do ingerencji państwa”, którą wykorzystują z powodzeniem skrajnie prawicowi reakcjoniści.
Łukasz Ostrowski
Redaktor naczelny „Gromad”. Ukończył studia na Wydziale Filozofii UW. Działał w ruchu związkowym. Obecnie studiuje na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW.
Dziękujemy Ci za zainteresowanie naszą pracą. Żeby rozwijać lewicowe medium w Polsce, potrzebujemy wsparcia naszych czytelników. Liczy się każda suma, dlatego prosimy Cię o zostanie darczyńcą Gromad.
[1] Herbert Kitschelt, The Formation of Party Systems in East Central Europe. Politics & Society, 20(1), 7-50.
[2] John Callaghan, The retreat of social democracy, Manchester University Press, 2000.
[3] Phillipe Aghion, et al. The Power of Creative Destruction: Economic Upheaval and the Wealth of Nations. Harvard University Press, 2021.
[4] Bastiaan van Apeldoorn, Transnational capitalism and the struggle for european integration. Routledge, 2002.
[5] Leo Panitch, Colin Leys, Searching for socialism: the project of the New Labour from Benn to Corbyn, Verso, 2020.
[6] Thomas Piketty, Kapitał i ideologia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2022.; Line Rennwald, Social democratic parties and the working class: new voting patterns, Pallgrave Macmillan, 2020.
[7] Gunnar Myrdal, Beyond the Welfare State: Economic Planning and its International Implications, Yale University Press, 1960.
[8] Mariana Mazzucato, Przedsiębiorcze państwo: Obalić mit o relacji sektora publicznego i prywatnego, Heterodox, 2021.

